My – pokolenie Millenialsów – dorastaliśmy w czasach, kiedy luksus miał zupełnie inny wymiar. Dla nas luksusem było potarcie nadgarstków i szyi zapachową stroną z katalogu Avonu przed wyjściem z domu. Człowiek zamykał oczy i przez chwilę czuł się jak ktoś wyjątkowy. Nie mieliśmy wiele. Nie kupowaliśmy wszystkiego od razu. Na niektóre rzeczy czekało się miesiącami, a o innych po prostu się marzyło.

 

A mimo to mam wrażenie, że bardziej cieszyliśmy się z małych rzeczy.
Z nowych naklejek.
Z oranżady po szkole.
Z jednej zabawki, którą pamiętało się latami.
Z karteczek do segregatora, Tamagotchi i nagrywania piosenek z radia na kasetę.
Z biegania po podwórku i wracania późnym wieczorem.

 

Może właśnie dlatego tamte wspomnienia są dziś tyle warte — bo nie były przepełnione rzeczami, tylko emocjami, ludźmi i obecnością.

I ostatnio coraz częściej łapię się na myśli, że dziś dzieci mają dosłownie wszystko… a jednocześnie tak wiele z tych rzeczy leży nietkniętych. Pełne kosze zabawek, półki uginające się od pluszaków i gier, kolejne „must have”, następna świecąca rzecz, która interesuje dziecko przez dwa dni, a potem ląduje w kącie. I stoi tam miesiącami, jakby była tylko chwilową zachcianką, o której szybko się zapomina.

I przyznam się Wam szczerze, że sama się na tym łapię. Kupujemy więcej, bo chcemy dać dzieciom to, czego sami nie mieliśmy. Chcemy im oszczędzić poczucia braku. Tylko czasem mam wrażenie, że w tej całej pogoni trochę pomyliliśmy dobre dzieciństwo z wygodnym, drogim światem dorosłych.

 

Bo dziecko nie zapamięta większości rzeczy, które mu kupiliśmy.

Za to zapamięta, czy ktoś naprawdę miał dla niego czas.
I nie chodzi nawet o wielkie atrakcje.
Tylko o obecność.
O wspólne wygłupy.
O rozmowę bez zerkania w telefon.
O spacer bez pośpiechu.
O wieczór pod kocem.
O rodzica, który jest obok — nie tylko fizycznie, ale naprawdę.

 

Mam też wrażenie, że elektronika bardzo cicho weszła nam w relacje.

Tablety, telefony, bajki włączane „na chwilę”, żeby coś zrobić, żeby odpocząć, żeby było łatwiej. I jasne — ja sama też się na tym łapię. Nie piszę tego z pozycji idealnego rodzica.

Po prostu coraz częściej widzę, że dzieci bardziej niż kolejnej zabawki potrzebują naszej uwagi.
Wspólnego gotowania.
Przejażdżki rowerem.
Lasu.
Błota.
Skakania po kałużach.
Budowania bazy z koców.
Śmiechu przy kolacji.
Rozmów o wszystkim i o niczym.
I poczucia, że ktoś naprawdę ich słucha.

 

Bo najlepsze wspomnienia rzadko kosztują najwięcej.

I może właśnie dlatego nasze dzieciństwo — choć skromniejsze — miało w sobie coś, czego dziś bardzo brakuje: mniej rzeczy, ale więcej prawdziwej obecności.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *