Kilka lat temu pisałam Wam tutaj o bardzo trudnej decyzji. Mimo, że była trudna, była dobra, bo zgodna z tym, czego naprawdę chciałam. Dziś stoję w tym samym miejscu z pewnym spokojem w sercu. To już nie budowa, ale nasz dom.
Droga od budowy do domu nie była łatwa. Była wyboista, pełna zwątpień, chaosu, rezygnacji, przeciążenia i frustracji (trzymam kciuki za wszystkich, którzy są właśnie na etapie wykańczania domu – nie poddawajcie się!). Stan surowy to chyba jeden z łatwiejszych etapów całego procesu. Prawdziwie mozolna okazuje się dopiero droga od budowy do miejsca, w którym można wreszcie powiedzieć: „To jest nasz dom”. I rzeczywiście, jak mówi przysłowie – wykończenie domu naprawdę wykańcza 🙈 finansowo, ale i psychicznie.
Dlatego, że dzisiaj mamy tak ogromny wybór niemal wszystkiego, że nawet zakup z pozoru błahego odkurzacza potrafi pochłonąć mnóstwo czasu. Człowiek szybko zaczyna tonąć w natłoku informacji, parametrów, porównań i opinii, zamiast po prostu podjąć decyzję i kupić to, czego potrzebuje.
Ale wykańcza także dlatego, że normalne życie się nie zatrzymuje. Trzeba żyć na dwa domy – wracać po pracy i urządzać jeden, a jednocześnie ogarniać codzienność, obowiązki i problemy w drugim, tym w którym aktualnie się żyje.
Pamiętam moje obawy z tamtego wpisu…
„Nie wiem jak to ująć, ale sam fakt, że mieliśmy już pewne, ustabilizowane i dobrze zorganizowane życie (…) napawał mnie strachem (…) Strachem przed tym, że nasze dotychczas pookładane życie legnie w gruzach chaosu.”
Pisząc to, nie zdawałam sobie kompletnie sprawy, jak bardzo ono naprawdę legnie w gruzach. Bo przez cały okres budowy domu wydarzyło się naprawdę wiele rzeczy, które mocno wpłynęły na moje życie. Depresja, która odebrała mi radość życia. Wypalenie zawodowe, z którym zmagałam się przez dwa lata. Choroba, a później śmierć mojego taty. Funkcje społeczne, które kiedyś dawały mi satysfakcję, a z czasem przestały cieszyć.
I chyba właśnie tutaj zaczęła się moja największa zmiana.
Poszłam na terapię i w trakcie jej trwania nauczyłam się o sobie więcej niż przez całe dotychczasowe życie. Zrezygnowałam z funkcji prezeski stowarzyszenia i dobrze mi z tym. Nadal udzielam się społecznie, ale już bez presji i poczucia, że muszę. Kompletnie zmieniłam swoją drogę zawodową i dziś naprawdę lubię to, co robię. A śmierć mojego taty? Nauczyła mnie doceniać życie tu i teraz. I nie tracić czasu na ludzi, którzy gaszą moje światło.
Tymczasem w naszym nowym domu…
Pamiętacie, jak pisałam Wam o marzeniach? Że są po to, żeby je spełniać? Jedno z nich udało nam się już zrealizować – w naszym domu zamieszkał kot. A radość, jaką sprawia to moim dzieciom, jest niesamowita i naprawdę cudownie się ją obserwuje.
Ostatecznie budowa domu i ten trudny czas, który jej towarzyszył, nauczył mnie bardzo wiele o mnie samej. Kryzysy nie są czymś przyjemnym, ale są zmianą, która jest nam potrzebna, by stać się tym, kim tak naprawdę mamy się stać. Wybudowałam i wykończyłam dom… a w tym samym czasie całe moje życie zmieniło się o 180 stopni.
Dziś ten dom jest dla mnie nie tylko miejscem, ale pamiątką po całym rozdziale mojego życia. 🤍


🩷 niech się Wam żyje w nowym domu przyjemnie! piękna historia 🍀
Dziękujemy 🩷
Aniu jeśteś Wielka.
🩷