Wprowadzam nowy cykl wpisów – WASZE HISTORIE. Bo tak naprawdę, ile nas kobiet, tyle różnych perspektyw na temat macierzyństwa, związków, czy udanego życia. To samo można odnieść do męskiego grona. Sporo ludzkich historii kończy się pomyślnie, inne trochę mniej, ale w każdej z tych życiowych opowieści jedno jest pewne – pod jej wpływem zmienia się człowiek, którego ta historia dotyczy. Jeżeli macie ochotę podzielić się z resztą świata swoją historią lub zwyczajnie chcecie się pozbyć balastu siedzącego w Waszej głowie, piszcie na adres: kontakt@annbelivable.pl. Forma publikacji będzie oczywiście anonimowa, chyba, że zechcecie inaczej. Może Wasze historie zmienią czyjeś spojrzenia na świat, partnera lub samego siebie.
Była między nami chemia. Nadal jest, ale…
To był mój wymarzony facet, moja druga połówka. Nie miałam co do tego wątpliwości, kiedy go spotkałam. Przy kawie i ciastku mogliśmy siedzieć godzinami i gadać o wszystkim i o niczym. Rozumieliśmy się bez słów. Była między nami chemia. W ogóle miałam wrażenie, że zachowuje się bardziej dorośle niż cała reszta rówieśników. Czas płynął, a miłość nie stygła. Wręcz przeciwnie – oboje byliśmy pewni, że chcemy się pobrać. Mój mąż lubił dużo opowiadać, czytać książki, spędzać czas na pogaduszkach i piciu kawy. Nie przeszkadzało mi to zbytnio. Kupiliśmy dom. Urodziłam dwójkę dzieci. On pracował, ja zajmowałam się ich wychowaniem i domem.
Jednak coraz bardziej zaczynało mnie drażnić siedzenie w domu i zajmowanie się w kółko tym samym. Coraz bardziej zaczynało mnie też drażnić, że większość rzeczy w naszym wymarzonym domu, w którym spędzałam dzień w dzień, była nieskończona. Wiecie – marzył mi się taki przytulny dom i wizje, to ja owszem miałam, ale chętnego do pracy partnera już nie. Panele, które sama zakupiłam (nie mogąc doprosić się tego u męża) czekały już od roku na położenie. Dzieci wciąż gniotły się w jednym małym pokoiku, bo mąż od 3 lat nie miał czasu doprowadzić poddasza do porządku. Miał za to czas na leżenie na kanapie, na pogaduszki przy kawie, na czytanie książek i wypady na miasto. Nadal świetnie mi się z nim gadało, ale jego ciągłe wymówki zaczynały mnie drażnić. Miałam wrażenie, że mój mąż blokuje mnie w działaniach. Na wynajęcie firmy niestety nie mieliśmy zbytnio kasy. Faktem było, że w domu w którym mieszkaliśmy już spory czas, nic nie było skończone, a plany mojego męża na planach się kończyły.
Urodziłam kolejne dziecko. Zrozumiałe chyba, że w galimatiasie rodzinnego zgiełku coraz bardziej drażniła mnie ilość zaczętych i nieskończonych rzeczy w domu. Fizyczny, ale i psychiczny dyskomfort. Moje najmniejsze oczekiwania remontowe względem mojego męża pozostawały niezaspokojone. Facet, który był moim własnym mężem działał mi na nerwy i coraz częściej na tle remontu dochodziło między nami do kłótni. Coraz więcej awantur, jego zdaniem o nic. Nie wiedziałam, czy bardziej drażni mnie nieskończony dom, czy obecność nic nierobiącego męża. Zaczynało do mnie docierać, że dobrze nie jest, ani w domu, ani między nami.
Miałam tego wszystkiego po dziurki w nosie. Stwierdziłam, że jak będzie kasa, to będzie też można w końcu zatrudnić firmę, która doprowadzi dom do jakiegoś składu i ładu. Zaryzykowałam i założyłam własną działalność. Było ciężko, cholernie ciężko, ale wiedziałam przecież, że łatwo nie będzie. Motywowało mnie to, że z miesiąca na miesiąc przybywało nowych klientów, a ja w końcu – choć zmęczona, czułam się ważna i spełniona. Bynajmniej zawodowo. Mąż zbytnio moimi sukcesami nie był zadowolony. A ja coraz częściej zastanawiałam się nad tym, czy przez ostatnie lata okłamywałam samą siebie? Przecież byliśmy szczęśliwi, kochaliśmy się i z tej miłości wzięła się trójka naszych wspaniałych dzieci. Własna działalność uświadomiła mi jednak, że zbyt długo tkwiłam w dziwnym stanie, niepozwalającym ruszyć mi się z miejsca. Bo dom nadal był nieskończony, a ja sama niezbyt szczęśliwa. Czy tak ma wyglądać moje życie, pytałam samą siebie? Czy ja naprawdę chcę resztę życia spędzić u boku faceta i mieć do niego wiecznie pretensje? Bo olać tego, że ma dwie lewe ręce, nie potrafiłam.
Rozmowy nie przynosiły żadnych efektów. Biłam się sama ze swoimi myślami. Wiedziałam, że spotkam się z krytyką i potępieniem najbliższych, gdy wyjdę z inicjatywą rozwodu. Tym bardziej jako kobieta, bo społeczeństwo zawsze potępia za takie decyzje, choć nikt tak naprawdę nie wie, co dzieje się w czterech ścianach Twojego domu, wszystkim wydaje się, że mają prawo Cię osądzać. Rozsądek podpowiadał mi zostawić wszystko tak jak jest, ale tym razem posłuchałam swojej intuicji i własnego serca – złożyłam pozew rozwodowy. Dziś nie wiem skąd miałam w sobie tyle odwagi. Może dlatego, że gdyby ktoś mi powiedział wtedy co nastąpi potem, nie byłabym tego kroku taka pewna.
Nie byłam wrogo nastawiona. Myślałam, że jakoś z mężem się dogadamy. Zależało mi na tym, żeby dzieci nie ucierpiały, więc nie szukałam konfliktów. Grubo się pomyliłam, bo pozew rozwodowy nieziemsko wkurzył mojego jeszcze męża. Szczerze rozmowy nie przynosiły żadnych rezultatów. On był zły, wkurzony, zawiedziony, rozczarowany. Z osób pałających kiedyś do siebie gorącą miłością staliśmy się ludźmi pałającymi do siebie wrogą nienawiścią. Dzieci były rozdarte pomiędzy nami, nie pomagał fakt, że mój mąż chciał je nastawić przeciwko mnie – w końcu to ja byłam tą złą, która postanowiła odejść. Czy było ciężko? Cholernie ciężko. Moje matczyne serce krwawiło. Dla mnie jako matki najgorszy był cios, gdy dzieci stanęły po stronie ojca. Nagle straciłam w ich oczach wartość. Ja matka, która zawsze dla nich i przy nich byłam, która chciała być zwyczajnie szczęśliwa.
Co było potem? Szukanie własnego mieszkania, wieczne pretensje dzieci, roszczeniowi klienci i ja próbująca posklejać kawałki swojego rozbitego życia… wciąż zastanawiałam się… czy ja dobrze postąpiłam? Chciałam wracać do dzieci, ale nie do domu, nie do niego. Cierpiałam. Znajoma powiedziała mi wtedy tylko jedno “daj im czas.” Więc dałam. Dałam czas sobie i dzieciom. Z upływem miesięcy, zrozumiały, że ja nadal jestem ich mamą i zawszę będę się o nie troszczyć. Zawsze mogą przyjść do mnie ze swoimi problemami. Chyba zrozumiały, że nie zrobiłam im niczego na złość, tylko zrobiłam to sama dla siebie, a je nadal kocham całym sercem i nie muszę nikomu tego udowadniać – wystarczy, że jestem. Na chwilę obecną dwójka dzieciaków mieszka u mnie, trzecie być może też wróci.
Dziś stoimy przed sądem. Już po rozprawie. Ochłonęliśmy z nienawiści. Palimy razem papierosa, zaciągam się jak młoda gówniara, jest jak wtedy, gdy się poznaliśmy. Podczas odczytywania wyroku sądowego miałam mokre oczy, bo mimo wszystko jakoś to boli, tyle wspólnych lat i wspomnień, kawał życia który skreśliliśmy. Mamy za sobą oficjalny rozwód i oboje czujemy pewien luz. Zaprosił mnie po rozprawie na kawę. Gadaliśmy na luzie, jak dawniej. Rozumiemy się bez słów. I znów zleciały 4 godziny, a my gadaliśmy o wszystkim i o niczym. Nadajemy na tej samej fali. Jest magicznie, jak kiedyś. Dlatego się w nim zakochałam. Wiem, że w życiu nikt mnie lepiej nie zrozumie. Ale w życiu nam nie wyszło. Uwielbiam go nadal. Coś między nami jest, a coś za nami zostało. Nie wiem co będzie. Chcę po po prostu być szczęśliwa.
Czytelniczka po rozwodzie