Stało się to, czego się obawialiśmy, a co było jednocześnie do przewidzenia. Jesteśmy w czerwonej strefie. Kolejne obostrzenia. Kolejny lock-down. Co dalej z pandemią Covid-19? W marcu byliśmy lekko przestraszeni, zamknięto nas w domach, ale nie protestowaliśmy. Byliśmy zmobilizowani, robiliśmy to dla dobra całego społeczeństwa. Wierzyliśmy, że damy radę. A dziś?
Jesteśmy zmęczeni, bezradni i podzieleni. Na tych co wierzą i tych co nie wierzą w wirusa. Jedni negują istnieje korona-wirusa twierdząc, że to tylko propaganda. Drudzy zdają świadectwo o długofalowych skutkach ubocznych po zetknięciu się z nim. Ci, którzy się z nim nie zetknęli są przekonani, że to zwykły odłam grypy, a Ci którzy pracują w szpitalach nie mają już czasami siły na bezustanny napływ pacjentów. Pewne osoby przechodzą zakażenie wirusem bezobjawowo, a inne umierają.
Jaka jest prawda?
Prawda jak zawsze leży gdzieś pośrodku i każdy z tych ludzi ma swoje racje. Covid jest, ale jest też spora propaganda. Każdy z tych ludzi wymyślił sobie jakąś teorię – my ludzie robimy tak w obliczu zagrożenia lub faktów, których nie potrafimy do końca przewidzieć – projektujemy swoje własne wizje. Układamy sobie je po swojemu, po to by czuć się bezpiecznie. A ja? Mam swoje obawy, martwię się tak zwyczajnie po ludzku i zastanawiam się, co nas czeka w najbliższym czasie.
Martwię się…
Martwię się, że któreś z moich dzieci może dostać zapalenia oskrzeli, ale żaden lekarz tego nie zdiagnozuje, bo obsłuchanie dziecka za pośrednictwem tele-porady jest niemożliwe.
Martwię się, że wyląduję w szpitalu, a kiedy mój stan pogorszy się do krytycznego, moja rodzina nawet nie będzie w stanie dowiedzieć się, co się ze mną dzieje, bo dodzwonienie się do recepcji graniczy z trudem, info-linia jest przeciążona, a do szpitala nie mają wstępu.
Martwię się, że moja mama albo mój tata wylądują w szpitalu, a ja nawet nie będę mogła dla nich nic zrobić, mając świadomość, że czują się pełni lęku i bardzo samotni w tej chwili. Nie będę mogła im nawet pościelić łóżka, poprawić poduszki wiedząc, że personel jest mocno przeciążony, a ja oprócz słów wsparcia nie będę mogła kompletnie nic.
Martwię się, że gdyby okazało się, że jedno z moich dzieci ma poważnie zagrożenie życia po zakażeniu wirusem, będziemy musieli się jako rodzina rozdzielić. Nie będziemy mogli się przytulić i razem zwyczajnie koło siebie być, będziemy mogli tylko rozmawiać.
Martwię się, że z powodu wirusa wielu starszych, znanych mi ludzi pozostanie w swoich domach, aby nie ryzykować życiem i będą powoli umierać w samotności.
Martwię się, że mimo iż jestem młodą i zdrową osobą, mogłoby się okazać, że mój organizm jednak nie radzi sobie z wirusem i moje dzieci zostaną bez mamy, a ja nawet w obliczu śmierci nie będę mogła się z nimi pożegnać, ani przytulić ich po raz ostatni.
Martwię się, że ktoś z mojej rodziny umrze, a ja nawet nie będę miała okazji uczestniczyć w pogrzebie, w ostatnim pożegnaniu, które jest nam ludziom tak bardzo potrzebne w pogodzeniu się z faktami i śmiercią najbliższych.
Martwię się, co czeka nas w tym kraju, bo mimo iż znajdujemy się w tak kryzysowej sytuacji, Państwo przepycha kontrowersyjne ustawy i pokazuje swoim obywatelem, że ma ich zdanie głęboko w d…
Kolejny lock-down
Martwię się, co czeka nas w kolejnym roku. Kolejny lock-down teraz oznacza, że firmy o ile w ogóle się nie zamkną, będą funkcjonować na “pół gwizdka”, a brak wpływów w kasie Państwa oznacza tylko tyle, że to my zwykłe pionki na dole hierarchii naszego Państwa, będziemy ponosić konsekwencje.
Martwię się o wiele rzeczy w tym dziwnym i pełnym niepewności czasie. To, czego teraz potrzebuję to odrobina spokoju i normalności. Czasu spędzonego z moją rodziną w moim własnym domu. Bez włączonego telewizora. Bez prania mózgu. Z filiżanką kawy u boku męża. Z książką w ręce.
Nie jest dobrze.
Ale mimo wszystko doceniam to, że jesteśmy całą rodziną w komplecie w swoim własnym domu. Nikt nie musi iść walczyć na front. Nikt nie będzie próbował zbombardować w nocy mojego domu. Nie muszę obawiać się, że lada moment wtargną tu żołnierze wroga siejąc wokół mojego miejsca zamieszkania spustoszenie.
Czasami trzeba na to spojrzeć po prostu z innej perspektywy. I docenić to co mamy. A co dalej z pandemią Covid-19? Na to pytanie nikt nie zna odpowiedzi.