Wirus COVID-19 od co najmniej roku jest z nami. Przywykliśmy do niego. Nikogo już nie zdziwi czlowiek w maseczce – raczej jak zobaczy kogoś bez. Zamknięte sklepy. Zamknięte centra handlowe. Zamknięte urzędy. Zamknięci ludzie w domach na kwarantannie. Tego ostatniego miała przyjemność doświadczyć moja rodzina. Jak wiecie na Opolszczyźnie liczba zakażeń wciąż wzrasta i tak pewnego dnia wirus zakradł się również do naszego domu. Dopadła nas covidowa rzeczywistość, ale co robić na kwarantannie?

 

Jak to się zaczęło? W czwartek po pracy ogarniałam cale mnóstwo jakiś zaległych spraw. Wieczorem mój mąż musiał wyjść coś załatwić “na mieście” u nas na wsi 😉  więc zostałam z dziećmi w domu sama. Ale z upływem każdej minuty czułam się coraz to bardziej osłabiona – znów za dużo na moich barkach w tym tygodniu, jakoś tak sporo tego było – pomyślałam. Znamy to chyba wszystkie, pod koniec tygodnia akumulator zaczyna szwankować. No nic – pomyślałam, jakoś ogarnę to co naprawdę muszę i potem sobie odpocznę. Niestety czułam się coraz słabiej i coraz to dziwniej – bo nie kręciło mi się dosłownie w głowie, ale miałam wrażenie, że jestem w jakimś zwolnionym trybie slow-motion, jakbym była na jakiś mocnych tabletkach i całe tempo świata dziwnie zwolniło.

 

Jak dobrze, że mam dzieci…

Poprosiłam mojego syna żeby zrobił herbaty, ale jak widział umęczenie na mojej twarzy i jak się poruszam stwierdził, że ja już lepiej sobie pójdę usiąść na kanapę i odpocząć, a on z młodszą siostrą zrobią herbatę i nawet mi jej naleją i podają (tu prawie wybuchła wojna, kto mi ją ma podać!). Resztę wieczoru spędziłam na kanapie wydając tylko bezsilnie prośby, by dzieci się ogarnęły, na szczęście wrócił mój mąż. Miałam nadzieję, że to tylko mocne przemęczenie i następnego dnia pójdę do pracy. Niestety, następnego dnia było mi równie dziwnie, co poprzedniego wieczoru. Dzieci zawiozłam do placówek, sama zaś wzięłam chorobowe. Lekarz wypisał zwolnienie. Przeziębienie. Nie ma typowych objawów covida – utraty smaku, czy węchu. Brak gorączki. Jak skończyłam rozmowę z lekarzem, koło godz. 10 położyłam się spać i dopiero dzwonek do drzwi mojego syna, który wrócił ze szkoły wyrwał mnie z głębokiego snu. Piątek i sobota upłynęły mi na totalnym oderwaniu od rzeczywistości – w zasadzie brałam środki na przeziębienie i szlam z powrotem do łóżka. Totalna niemoc. Niezłe to przeziębienie – pomyślałam.

 

Dopiero w niedzielę doszłam do siebie.

W niedzielę nawet wzięłam do reki długopis i zaczęłam coś tam notować na bloga, choć wiedziałam, że wpisu raczej już nie zrobię. Trzeba czasami odpuścić. Byłam słaba, ale że było dużo lepiej, stwierdziłam, że w poniedziałek zjawię się już w pracy – zdalnie oczywiście. Jednak cały ten poniedziałek miałam dziwnie zwolnione tempo myślenia i stwierdziłam, że nie za bardzo jeszcze poprawnie funkcjonuję. W związku z tym, że całe to przeziębienie było dosyć dziwne, bo nie miałam ani gorączki, a jedynie mocny ból głowy i bóle mięśni  i dlatego, że do końca nie dawała mi też spokoju myśl, że jednak tak dziwnie kręciło mi się w głowie – jak nigdy dotąd, skontaktowałam się z lekarzem, czy aby jednak nie powinnam zrobić testu. Dostałam skierowanie na test.

 

Zakłócenie logicznego rozumowania – czyli: ale ze mnie nietryb!

Dostałam od lekarza skierowanie na test i – tu się zdziwiłam, że w Polsce jednak to tak dobrze funkcjonuje – bo z automatu przydzielany jest pacjentowi termin testu w najbliższej placówce miejsca jego zamieszkania. Jeżeli termin lub miejsce komuś nie odpowiada można zadzwonić i umówić się wedle życzenia. Ale to jest naprawdę na rękę dla chorego. Następnego dnia pojechałam do punktu pobrań w Kup – jak się okazało, średnio trybiłam, ale co się dziwić. Zaparkowałam samochód i podeszłam pieszo do namiotu – do MOBILNEGO punktu pobrań. Pan obsługujący punkt od razu spytał, dlaczego pieszo i zasugerował, bym jednak podjechała tym samochodem. W duchu śmiałam się sama z siebie, ale zastanawiałam się też, czy tu wychodzi się z założenia, że każdy ma samochód? Bo wydaje mi się, że raczej nie, a jeżeli masz podejrzenie Covida to wątpię, że życzliwy sąsiad zechce optymistycznie podwieźć Cię na test.

Czy test jest aż tak straszny, jak go malują?

Na miejscu wymazu trzeba tylko podać swój adres zamieszania i numer telefonu (warto mieć swój długopis!) i potem następuje wymaz. Szczerze? Nikt nie lubi widoku patyczka wsadzanego do nosa (pewnie teraz też się krzywisz lub łapiesz za nos) – samo wyobrażenie jest okropne, ale chyba myślałam, że będzie dużo gorzej, a to trwało naprawdę bardzo, bardzo krótko. Wiadomo, że pozostaje takie niemiłe uczucie, ale ono szybko znika, więc nie było aż tak źle! Wymaz był pobierany z buzi i nosa, a potem czekanie do następnego dnia.

 

Izolacja vs kwarantanna

Wyniki testu bardzo prosto sprawdzić – dostajemy adres strony (portal pacjenta), gdzie wpisujemy numer badania i swój nick, który otrzymujemy podczas testu. Na portalu pacjenta w miejscu wykonania testu nie wpisujemy faktycznego miejsca testu a jedynie COVID- 19 (tu miałam mylne przekonanie, że muszę wpisać Opole bo miejscowości Kup nie było na liście). W sumie czlowiek myśli i usprawiedliwia samego siebie – przecież już lepiej się czuję, chyba trochę spanikowałam z tym testem covid, test na pewno będzie negatywny, ale warto go zrobić. No cóż – tym większe było jednak moje zdziwienia, gdy wyświetliła mi się informacja o pozytywie i obecności wirusa.

 

Bo to oznaczało odseparowanie się od świata.

Na chorego u którego wystąpiły objawy nakładana jest izolacja 10 dni, natomiast na osoby z nią zamieszkujące dodatkowo jeszcze 7 dni (na wypadek, gdyby wystąpiły jakieś objawy), czyli 17 dni kwarantanny. Ponieważ sanepid się nie zgłaszał, ja zadzwoniłam sama i zgłosiłam członków rodziny – trzeba podać numer pesel i numer telefonu, warto przygotować te dane wcześniej. Obowiązkowo trzeba zainstalować na telefonie aplikację kwarantanna, na której wysyłane są do nas zadania (zrobienie i przesłanie fotki). I mimo, że ja byłam osobą zarażoną, to ja musiałam tylko przez pierwsze 3 dni robić 4 razy dziennie fotki i je wysyłać, natomiast mój mąż dostawał takie zadania 2-3 razy dziennie! Do końca kwarantanny. Powiem Wam, o ile to niby jest fajne, to chyba wolałabym lokalną  kontrolę. Bo od otrzymania SMSa pozostaje 0,5h na zrobienie i wysłanie fotki, a po pierwsze u mojego męża na telefonie aplikacja strasznie się zacinała (zanim udało się wysłać zdjęcie potrzeba było kilku prób), a dodatkowo  jako osoba chora i osłabiona, nawet spokojnie nie możesz się położyć, bo nuż przyjdzie ci powiadomienie. A nie oszukujmy się, ja potrzebowałam popołudniowej drzemki, bo byłam mocno osłabiona. W zasadzie do sił w pełni wróciłam dopiero w przedostatni dzień mojego zwolnienia lekarskiego, ale do końca męczył mnie kaszel.

 

Co więc robić na kwarantannie?

Czy można się nudzić? Można, ale nie trzeba. Staraliśmy wyznaczać sobie każdego dnia jakieś małe cele, ale w tym całym podejściu jest tylko taki jeden problem – człowiek pozostający w domu robi się nieco ospały i zdemotywowany. I chociaż z jednej strony po mojej głowie krążyły myśli, że bez dzieci to byłaby frajda, bo człowiek miałby w końcu między dziennymi drzemkami i inhalacjami czas na własne przyjemności, to śmiem jednak twierdzić, że dzieci motywowały do robienia czegokolwiek. No bo jak masz dzieci, to i obiad jakiś trzeba ugotować i kolację podać  i jakoś umilić im czas i spędzać z nimi ten czas.

 

Największa zaleta naszej sytuacji życiowej?

Mamy dom i własne podwórko! Nie chciałabym być na miejscu osób mieszkających w bloku z dziećmi, bo dzieci w tym trudnym czasie nosi niesamowita energia – one nie wiedzą, co mają ze sobą począć. Dlatego przynajmniej raz dziennie wychodziliśmy na minimum 30 minut na podwórko – niestety pogoda była znośna tylko przez pierwsze 3 dni, potem było dosyć zimno, ale mimo wszystko wychodziliśmy, żeby mieć trochę ruchu.

Na pewno wielkim plusem jest fakt, ze mieszkamy w domu, a jak to w domu, zawsze się tu znajdzie coś do roboty. Nie było łatwo, szczególnie w te pochmurne dni, gdy totalnie doskwiera brak słońca. Ale mimo wszystko…

 

w końcu mieliśmy czas na rzeczy, na które rzadko mamy czas.

  • Popołudniowe drzemki. Bez spiny kładłam się z moją córeczką do łóżka – wydaje mi się, że ja bardziej potrzebowałam tego snu niż ona, bo jednak byłam osłabiona. A czego nie zrobiło się dzisiaj, można było bez skrupułów przełożyć na jutro (w normalnym życiu przekładanie skutkuje tym, że następnego dnia masz tyle rzeczy do zrobienia, że i tak ich nie ogarniesz!).
  • Udało nam się rodzinnie obejrzeć kilka zaległych bajek i filmów. m.in. “Free Willy”, “O psie, który wrócił do domu” czy “Benji”. Na szczęście mamy Netflixa i polecam każdemu, kto wyląduje na kwarantannie. Z ciekawych seriali godnych polecenia udało nam się obejrzeć “Ku jezioru” i “Lepsi niż my”.
  • Udało nam się napisać list do starszej cioci zamieszkałej samotnie w Niemczech, a dzieci narysowały jej piękne rysunki – uważam, że mimo wszystko, warto pamietać o starszych ludziach, którym drobnostki mogą osłodzić ten trudny czas. Listu nie pojechałam oczywiście wysłać od razu na pocztę.
  • Ogarnęliśmy zabawki z piaskownicy i choć pogoda nie sprzyjała, to zrobiliśmy mały piknik na podwórku 🙂 Mieliśmy naprawdę dobre wyczucie czasu, bo kilka dni przed kwarantanną rozłożyliśmy trampolinę, na której dzieci mogły się nieco wyszaleć.
  • Wielkim plusem jest to, że tuż za domem mamy spory nieużytek, taki dziki teren, gdzie naprawdę mieliśmy frajdę spędzania czasu – zbieraliśmy skarby (czytaj: liście, patyki, kamyki) i jak ja to nazywam – “chabazie” na bukiet, niszczyliśmy purchawki i wspinaliśmy się na drzewa (dobra, matka się nie wspinała, bo gałęzie mogłyby nie wytrzymać takiego naporu masy ;))


    Nie pytajcie, co to za kropka….
  • Trochę prac po-zimowych w ogrodzie!
  • Posprzątaliśmy auto – no dobra, mąż ogarniał, starszak siedział w bagażniku, a młoda wcieliła się w DJ na pokładzie, ja zaś cykałam fotki! Wasze dzieci też uwielbiają przesiadywać w bagażnikach?
  • Skrupulatnie odrabialiśmy zaległości szkolne,co wcale nie było łatwe, gdy w domu obecna jest3 latka, próbująca na wszelkie sposoby zakłócić spokój podczas odrabiania lekcji.
  • Udało mi się posłuchać kilku interesujący podcastów (nie wiem, czy znacie podcasty Marka Jankowskiego “Mała Wielka Firma”? Polecam!), jak również napisać kilka tekstów na bloga.
  • Pobawiliśmy się w złych policjantów (z dziećmi, nie z mężem!)
  • Nie zabrakło LEGO
  • Robiliśmy bazy/domki z koców  – wiecie, takie w stylu krzesła, koc, latarka i całe mnóstwo pluszaków – to była chociaż jedna chwila, gdy można było odpocząć od dziecięcej gadaniny!
  • Zrobiłam pizzę i szlag mnie przy tym trafiał – ciasto drożdżowe i ja to po prostu kiepskie połączenie! Chyba nigdy się nie zakumulujemy.
  • Udało mi się w końcu skonfigurować selfie-sticka, który od miesięcy leżał w szufladzie!
  • Jedliśmy. Choć na pierwszy rzut oka twierdzi się, że w domu będzie się tylko jadło, to nie do końca jest to prawda – człowiek nie jest w stanie nawet tyle zjeść, bo zwyczajnie prawie się nie rusza. Jedzenie  i brak ruchu powodowały jedynie senność! Na wagę wolę jednak nie wchodzić.
  • Jedyne ćwiczenia do których się motywowaliśmy to ruch na podwórku i zumba dla dzieci, na więcej nie było mnie stać i też niezbytnio czułam się na siłach, by ćwiczyć.

 

Wiecie, niektórzy polecają, by oglądać wschody słońca, czy zrobić lody, ale co ja Wam będę mówić – jeżeli macie dzieci to wiecie jak to wygląda – wiecznie któreś czegoś od Ciebie chce. Poza tym, nasze dzieci czasami naprawdę bawiły się słodko razem, ale jak się domyślacie – bez kłótni, wrzasków i szarpaniny się nie obyło. A czasami mi średnio się chciało, bo do końca nie czułam się na siłach.

Trzeba było motywować nie tylko dzieci, ale i samego siebie, by nie popaść w słodkie lenistwo, bo jak się zbyt dużo siedzi przed telewizorem, to to się negatywnie odbija na człowieku, co potwierdziły takie 2 dni, przez które mieliśmy zero motywacji i totalne omamienie. Dzieci były nieznośne i stale się kłóciły, a mi i mężowi też totalnie nic się nie chciało – to było takie przytłaczające. Więc szybko ustaliliśmy, że z rana nie włączamy telewizji.

 

 

Zalety kwarantanny?

Budzisz się w sobotę, a bułki już czekają pod drzwiami. To mi się naprawdę podobało. No dobra, musisz mieć jeszcze kogoś, kto te bułki przywozi. My mieliśmy wiele osób, które pytały, czy nam czegoś trzeba i to było naprawdę miłe. Mogłabym się przyzwyczaić do tego, że mój prywatny dostawca dowozi mi art. spożywcze pod drzwi.  Raz nawet przyjechały do mnie kwiaty – to było fajne urozmaicenie naszej nudnej rzeczywistości – to był oczywiście Dzień Kobiet.

 

Ach ten nasz mózg – autosugestia.

Sama świadomość, że możesz mieć problemy z oddychaniem jest przerażająca. Ja miałam tak przez jeden wieczór, gdzie leżąc w łóżku miałam wrażenie, że ciężko mi się oddycha i nie dostaję wystarczającej ilości powietrza do płuc i musiałam przywołać samą siebie do porządku, bo to była autosugestia mojego mózgu na te wszystkie przeczytane przeze mnie objawy covidowe. Ale ta chwila i świadomość, że brakuje Ci tlenu jest przerażająca, bo jako człowiek na brak tlenu w płucach w zasadzie nic nie możesz poradzić – nie weźmiesz tabletki, nie pomoże syrop, ani mokry ręcznik. Musisz zadzwonić po pogotowie, a do czasu przyjazdu karetki możesz się… udusić.

 

Moja opinia po izolacji i przejściu covid

Ja wyszłam wczoraj na wolność i pojechałam do sklepu po odrobinę wiosny – bratki, narcyzy i te sprawy 🙂

 

Reszta moich domowników musi jeszcze siedzieć na kwarantannie do piątku, więc w sobotę na pewno udamy się gdzieś poza dom, żeby pobyć w innym miejscu! Na pewno pojeździmy na rowerach, bo zawsze byliśmy aktywni i tego ruchu naprawdę nam brakuje!

Po takiej kwarantannie w końcu człowiekowi chce się też już wracać do pracy, bo choć na co dzień wszystkiego nam za dużo, to mimo wszystko mobilizuje nas to do działania, a stagnacja jeszcze u nikogo dobrze na rozwój nie wpłynęła i myślę, że człowiek powinien jednak mieć swoje zobowiązania!

Jak nieprzewidywalny jest wirus, tak równie nieprzewidywalna jest szczepionka na niego – wśród moich znajomych niektórzy mają  gorsze objawy po szczepionce, niż ja przy covidzie. No ale wiadomo, że po covidzie mogą mieć miejsce jakieś powikłania zdrowotne.

Jedno jest pewne w związku z wirusem – nic nie jest pewne.
Trzymajcie się zdrowo i uważajcie na siebie!

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *