Czy warto podróżować pociągiem? Dla ekologii? Owszem. Dla oszczędności? Przy obecnych cenach paliwa – jak najbardziej. Dla komfortu? Być może. Jesteśmy ludźmi XXI wieku. Przywykliśmy do komfortu. Cenimy sobie wygodę. Uważamy, że się nam należy. Czyż nie? Chcemy odpocząć od “życia”, codzienności. Ale czy komfort jest wart swojej ceny? Dowiecie się czytając ten wpis do końca.
Wielu z Was być może wie, że do Gdańska wybraliśmy się w tym roku wyjątkowo nie samolotem, ani nie samochodem lecz jednym z bardziej ekologicznych wersji transportu – pociągiem. Czy warto było? Tak. Czy określiłabym tę podróż jako komfortową? Absolutnie nie. Czy pojechałabym raz jeszcze? Tak. Zdecydowanie tak.
Ale może zacznę od początku…
Podróż do naszego cel, czyli nad Morze Bałtyckie zaczęła się – jakby nie inaczej – z 30 min. opóźnieniem pociągu. Mimo upału na szczęście działała klimatyzacja i dawała jakieś ochłodzenie. Dzieci coś pomrukiwały, że tak daleko jedziemy, ale po kilku rundach gry w karty UNO, Czarnego Piotrusia oraz naszych ulubionych zabawach w podróżach (o których zrobią Wam osobny wpis) jedno dziecko zasnęło a drugie wlepiło nos w komórkę. Było znośnie. Podróż przebiegała w miarę szybko i w 6,5h byliśmy na miejscu. W samochodzie byłoby znacznie trudniej wytrzymać tyle czasu z dwójką dzieciaków.
Podobnie miała wyglądać podróż powrotna. Rankiem przed wyjazdem przywitał nas deszcz, a dzieci przysypiały już w taksówce, która wiozła nas na dworzec główny. To był drobny znak dla matki. Byliśmy przed czasem, ale wolę to niż stresówkę i gonitwę.
Gdybym ja tylko wiedziała…
Zaczęło się od kilku minut spóźnienia. Nie tylko naszego pociągu. To był natłok spóźnionych pociągów i zamieszanie na peronie. Ubrałam w ten dzień krótkie spodenki. Liczyłam na to, że w pociągu będzie raczej ciepło. Teraz jednak stojąc na peronie w cieniu, odczuwałam każdy najmniejszy podmuch wiatru wywoływany przez nadjeżdżające w naprędce pociągi, który w połączeniu z chłodnym deszczem spadającym z nieba, wywoływał na moich półnagich nogach gęsią skórkę najwyższego stopnia. Pragnęłam więc już tylko jednej rzeczy – by nadjechał pociąg, bo tam w środku na pewno zniknęły by moje dwa problemy – gęsia skórka i kłócące się dzieci.
Ale pociąg nie nadjechał.
Nie nadjechał przez kolejne 15 minut. Nie nadjechał też przez następne pół godziny, a z każdą minutą do przyjazdu pociągu dochodziła kolejna minuta opóźnienia. No a wiecie jak to jest z dziećmi? Gadają bez przerwy i tak głośno, że skutecznie zagłuszają komunikaty nadchodzące z megafonu na peronie. Komunikaty które brzmią, jakby osoba je wygłaszająca miała pełna gębę jedzenia. Średnio wszystko zrozumiałe. I choć co chwilę sprawdzaliśmy opóźnienie naszego pociągu na dworcowym wyświetlaczu, to w pewnym momencie zamarłam. Byłam osłupiona. To już nie była godzina spóźnienia. Nie. Numer naszego pociągu ZNIKNĄŁ Z WYŚWIETLACZA. Na usta cisnęło mi się seria brzydkich słów na k… i Ja pie…. Przegapiliśmy nasz pociąg! My skupieni na Torze Nr 1, nawet nie zauważyliśmy, że nasz pociąg być może odjechał z Toru Nr 2. Jak mogliśmy to przegapić ???
Dlaczego akurat nam musiało się to przytrafić???
Wkurzonym i zdenerwowanym tonem uspokoiłam nadal kłócące się dzieci. Krew w żyłach zaczęła intensywnie pulsować. Jak można być tyle czasu przed odjazdem pociągu i jeszcze do niego nie wsiąść? Nie mieściło mi się to w głowie. Zmiana biletu i w ogóle kolejny pociąg XXX godzin później, wizja braku miejsca z dziećmi – opcja jak żadna. Nie było jasne, czy nasz pociąg serio pojechał, bo jeden turysta twierdził, że jeszcze nie nadjechał, ale dlaczego w takim razie zniknął z wyświetlacza? Kompleksowa przebudowa dworca sprawiła, że nie do końca było jasne, gdzie znajduje się informacja, ale wybranie się do informacji oznaczałoby, że może przyjechać pociąg, a nas nie będzie.
Zaufałam swojej intuicji. Czekamy.
Bez paniki. Po 12:12 – z dwugodzinnym opóźnieniem, przyjechał nasz pociąg. Jednak nie mamy aż takiego pecha – pomyślałam. W miarę sprawnie ulokowaliśmy się na swoich miejscach i ruszyliśmy. Udało nam się przejechać aż zacne 25 min., po czym pociąg stanął na stacji, której w ogóle nie było w rozkładzie trasy. Nadjeżdżające syreny straży pożarnej nie zwiastowały nic dobrego. Awaria jednego wagonu. Taki komunikat otrzymaliśmy dopiero po 0,5h. Lepiej późno niż wcale.
Ile spędziliśmy na stacji?
Około 2h 🙂 Yep! Dobrze że zatrzymaliśmy się na peronie, a nie w szczerym polu, bo przynajmniej mąż wyskoczył do pobliskiego Lewiatana po lody. Nasza córka bawiła się z dziewczynką rodziny, która siedziała w pociągu obok nas. Biegały, piszczały. Dla nich to była prawdziwa frajda. Zagraliśmy nawet w butelkę z dzieciakami i kilka innych słownych gier. Oczywiście klimatyzacja włącznie z całym zasilaniem pociągu zostały na moment odczepiana wadliwego wagonu wyłączone. Toteż nie działały toalety, a w wagonie zrobiło się parno jak w saunie.
Ale trzeba się cieszyć, że ruszyliśmy dalej…
Także pociąg miał już około 4h opóźnienia. Kiedy już ruszyliśmy, wygłoszony został komunikat, iż w ramach opóźnienia rozdawane będą darmowa kawa oraz woda. Bez ociągania popędziłam więc na drugi koniec wagonu do WARSa po darmową kawkę, gdzie Pani oznajmiła mi, że Pan właśnie wyruszył z wózkiem i już rozdaje wodę. Dziwne, bo go nie mijałam. Ale wróciłam do swojego wagonu, przechodząc przez naprawdę inne, pełne wagony ludzi stojących w korytarzach. Niezłe było moje zdziwko, gdy będąc już przy naszym stoliku nie dostrzegłam kawy. Jak oznajmili pozostali pasażerowie rozdawana była tylko woda, a o darmowej kawie nic obsługa wagonu WARs nie wiedziała i zaszła jakaś pomyłka. Nie chcielibyście wiedzieć moje miny. Zaczęło się narzekanie na pociągi i podróżowanie Inter City! poszłam i zapłaciłam za kawę SAMA!
Pociąg widmo.
Tak określali go pasażerowie. Zatrzymywał się na stacjach, których nie było w rozkładzie jazdy. Zatrzymywał się gdzieś w szczerym polu. Wiadomo – wypadliśmy z naszej trasy, a nasza nowa trasa kolidował z już zaplanowanymi pociągami. W duchu myślałam sobie tylko, oby nie doszło do jakiejś kolizji i sytuacji 2 pociągów pędzących na jednym torze. Generalnie też nie do końca wiem, po co w pociągach wyświetlacze? Odczytać można z nich, która godzina, z jaką prędkością jedzie pociąg i czy toaleta jest zajęta. Ale na jakiej stacji jesteśmy, jaka będzie następna – cóż, tych najważniejszych informacji nasza tablica nie wyświetlała. Więc nawet przy wysiadaniu była panika i lekka dezorientacja, bo była godzina 22:00, a nie mieliśmy pewności, czy stoimy w końcu na przewidzianej stacji BRZEG, czy to tylko stacja pośrednia. Z pociągu wyskoczyliśmy w ostatniej chwili.
Nasza jazda było wszystko inne tylko nie komfortowa.
Ale, czy właśnie nie dzięki temu będziemy ją wspominać jeszcze przez następne lata? Czy nie będziemy się śmiać na samą myśl, że myśleliśmy, że przegapiliśmy pociąg stojąc dwie godziny na peronie? Czy nie będziemy się śmiać na samą myśl, że dotarliśmy do celu z prawie 5h opóźnieniem? Czyż nie jest tak, że nasza córka będzie wspominać tą dziewczynkę z pociągu z którą bawiła się w pociągu przez tyle godzin? A my lody, które jedliśmy na stacji awaryjnej?
Czy było wygodnie?
Nie. Nie było przyjemnie i luksusowo, ale mieliśmy dzięki temu mnóstwo przygód. Będziemy mieć wspomnienia, które będą wywoływały uśmiech na naszych twarzach i ogólne rozbawienie.
I oto w życiu właśnie chodzi. Nie o wygodę i komfort.
Ale o niezapomniane przygody i wyjątkowe wspomnienia.
P.S.
Bilety zamawialiśmy bezpośrednio na stronie https://bilet.intercity.pl koniecznie z rezerwacją miejsca i zaznaczoną opcją “Taniej z bliskimi”.