Dziecko. Decyzja o jego poczęciu jest jedną z najważniejszych decyzji w życiu, bowiem odtąd zmieni się ono diametralnie. Ale o tym przy 1 dziecku nie bardzo zdajemy sobie jeszcze sprawę. Czekamy na to słodkie maleństwo i wkładamy całe nasze serce w przygotowanie dla niego domu pełnego miłości i pluszaków. W całym tym oczekiwaniu jest jeszcze tylko jedna mniej przyjemna rzecz – poród. Ale i do niego wiele z nas próbuje się jak najlepiej przygotować. A gdzie można się najlepiej przygotować, jak nie w szkole rodzenia?

 

I ja przy moim pierwszym dziecku postanowiłam, że będę do takiej uczęszczała, aby jak najlepiej poradzić sobie w tej trudnej chwili. W szkole rodzenia obok istotnych informacji na temat przebiegu samego porodu najwięcej nacisku kładło się na techniki relaksacyjne. Odpowiednie oddychanie, spokojna muzyka, wyciszenie się, oderwanie się od rzeczywistości. Oczywiście wszystko to ma nam pomóc w uspokojeniu samej siebie podczas tak trudnej i stresującej sytuacji, jaką jest poród. Pooooowoooolny głęęęęęęboooooki WDECH i róóóówniiiiiie poooooowolllllllny WYDECH, WDEEEEEECH- WYYYYYDECH, WDEEEEEECH- WYYYYYDECH… Twoja uwaga ma się skupić na własnym oddechu celem odwrócenia uwagi od bólu, a tym samym odprężeniu i rozluźnieniu mięśni. Mięśni dna macicy.

 

Nigdy nie przypuszczałam!

Kiedy uczęszczałam do szkoły rodzenia i ćwiczyłam technikę oddychania, nigdy nie przypuszczałam, że ta umiejętność przyda mi się nie tylko przy porodzie, ale w całym moim późniejszym życiu. To technika przetrwania pod wspólnym dachem ze swoimi własnymi dziećmi. Ja to serio zaczęłam stosować, bo natłok bodźców, a do tego wydzierające się na cale gardło dzieci, biegające po całym mieszkaniu z energią ruskiego szturmowca, doprowadzają moją psychikę bardzo często (nie chciałabym rzec, że zawsze!) do skrajnej rozpaczy.  Tak to wygląda w życiu matki…

 

Wojna.

Miś. Miesiącami leży samotny i znudzony w kąciku i nikt się nim nie bawi. Nikt nawet na niego nie spojrzy. Jego mięciutkie, pluszowe futerko pokryło się lekką warstwą ulotnego kurzu. Ale dziś!!! O ha, właśnie dziś mój syn wydobył go z kącika samotności -postanowił się z nim pobawić. Ale hej! Nie on sam! Nagle miś ma wielu zwolenników. Bowiem pobawić się z nim zapragnęła również jego młodsza siostra. Zaczyna się wymiana zdań. Każdy twierdzi to samo. To mój miś! MÓJ MIŚ!!! Każde z dzieci wkłada w pojedynek całą swoją zawziętość, złość  i gniew. Słyszę tylko jeden wielki hałas! Przeraźliwy krzyk drażni moje uszy! Rozpoczęła się prawdziwa wojna domowa. Poziom adrenaliny  u wojujących, a także u matki wzrasta! Mój mózg zaczyna się spinać. Gdybym była w posiadaniu gazu łzawiącego chętnie bym go w tym momencie użyła, ale pozostaje mi tylko technika, której nauczyłam się w szkole rodzenia:

 

Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Wdeeeeeech. Wyyyyyydech. Zabieram misia i stwierdzam, że jak nie potrafią się dogadać, to nikt się nim nie będzie bawić.

 

 

Statuetka.

Śniadanie. Nie muszę Wam chyba mówić, że większość rzeczy znajdujących się na stole zawdzięcza swoje miejsce mamusi.  Mąż ogarnia chatę i próbuje doprowadzić wszystko do ładu i składu po wczorajszym tornado, które przeszło przez nasze mieszaknie Proszę więc syna, żeby mi pomógł w przygotowaniu śniadania. Rozkłada noże i deski, resztę czasu zagaduje albo mnie, albo swoją młodszą siostrę, aż w końcu zasiadamy do śniadania. Od stołu wstaję (mam wrażenie) nieskończoną ilość razy. Bo jeszcze nie ma masła. Bo ktoś chce cukier. Bo gile i nie ma pod ręką chusteczek. Bo na stole jeszcze nie ma nutelli. Bo lalka ma siedzieć z nami przy stole. Moje starsze dziecko zerka na stół – jest i herbatka dla niego. Świeżo zaparzona herbatka, nie muszę Wam chyba mówić przez kogo. Cytrynka, miodzik, goździki i cynamon też pływają w herbatce. Ale czegoś zabrakło! O ha! Mój syn:

– Kochana mamusiu, zapomniałaś o filiżankach! Ja to zrobię!

Po czym wstaje od stołu i sam je podaje. Takie byłoby przynajmniej moje wyobrażenie o rodzinnym życiu. Rzeczywistość wygląda jednak nieco inaczej – pada pytanie pełne pretensji i żalu:

– Mamo, no a gdzie są filiżanki. Z czego mam się niby  napić tej herbaty?????

Wszyscy przy stole zdążyli już napełnić swoje wygłodniałe brzuszki, tymczasem matka właśnie przełknęła pierwszy kęs bułeczki. O mamusiu! Jak dobrze było kiedyś u mamusi… teraz niestety sama nią jestem. Naprawdę nie mam ochoty wstawać po raz 100 od stołu. Chcę zjeść śniadanie, czy to aż tak wygórowane oczekiwanie????

– Skarbie, a możesz proszę wstać i wyciągnąć te filiżanki na herbatę sam?

W odpowiedzi dostaję wycedzone przez zęby:

– Ja już wyciągnąłem noże i deski!!!!

 

Uha, normalnie chłopak powinien dostać OSCARA. Ale nie mam statuetki pod ręką, więc żeby nie wybuchnąć niczym nadepnięta mina pozostaje mi tylko technika, której nauczyłam się w szkole rodzenia: Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Wdeeeeeech. Wyyyyyydech. Tylko dzięki temu moje dziecko jeszcze żyje.

 

Szkoła.

Wracam z pracy po nadgodzinach. Zegar wskazuje godz. 18, jestem głodna i wykończona psychicznie. Mój barometr życiowej energii spadł do poziomu -50. Moje dziecko natomiast w porównaniu do mnie miało fantastyczny dzień, od 13 jest już w domu, zdążył pograć w piłkę, pojeździć na hulajnodze i oczywiście zagrać w gierkę na komputerze. Pytam, czy odrobił już zadanie domowe. Tak. Dziś Pani nic nie zadawała. Standardowo. Czemu mnie to nie dziwi. Dla pewności dorzucam jednak, czy jest tego na 100% pewny. TAK. I tak mija wieczór – robimy kolację, później ogarnianie młodszej siostry i poganianie starszaka do łazienki. Proszę go również, żeby spakował tornister.  Aaaa…. i tu sie okazuje, że jednak Pani z polskiego zadała zadanko. A to ci dopiero niespodzianka.

Acha mamusiu i na jutro mamy przynieść kartkę A3, zieloną bibułkę i cekiny.

 

Godz. 20:30. Na usta ciśnie mi się seria przekleństw. Mam ochotę zacząć lamentować jak dawniej. Dlaczego dopiero teraz? Czemu nie odrobiłeś zadania wcześniej? I kto miał rację? Ale jest jeszcze technika, której nauczyłam się w szkole rodzenia:

Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Wdeeeeeech. Wyyyyyydech.

– Ja idę po prysznic, a Ty zrób zadanie. Resztę kupimy jutro rano w sklepie, a jak czegoś nie będzie to pożyczysz od kolegi.

Jego zadanie, jego problem.

 

 

Dlaczego poszłabym do szkoły rodzenia raz jeszcze?

Żeby przez godzinę czasu – bo tyle mniej więcej trwają zajęcia – odpocząć. I skupić się tylko i wyłącznie na sobie. Żeby się zrelaksować. A tak serio to z dzisiejszego punktu widzenia widzę coraz głębszy sens technik relaksacyjnych, których uczyli mnie w szkole rodzenia. Tak się składa, że na chwilę obecną moje mięśnie dna macicy są zupełnie rozluźnione, za to ekstremalnie spięte i nadszarpane mam nerwy. I to właśnie dzięki właściwemu oddychaniu nie wybucham niczym wojenna mina, na która znowu ktoś nadepnął.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *