Energylandia – jeden z największych w Polsce parków rozrywki mieszczący się w Zatorze. Czy robi wrażenie? Owszem. Dlaczego postanowiliśmy się tam wybrać? Bo są wakacje i chcieliśmy zapewnić dzieciom nieco rozrywki, a także dlatego, że park realizuje bon turystyczny, który w naszym wypadku jeszcze nie został wykorzystany. Sprawdziliśmy więc na własnej skórze, co to znaczy bawić się w Energylandii. Czy byliśmy zadowoleni i czego możecie się spodziewać po wizycie w parku – o tym właśnie ten wpis.
Wyjazd zaplanowaliśmy na sobotę. Z racji tego, że od naszego miejsca zamieszkania jest kawałek do miejscowości Zator postanowiliśmy wyjechać o godz. 7.00 rano, co nawet nam się udało i tak po porannych perypetiach jak w każdej rodzinie wyruszyliśmy o godz. 7:15 – co uważam za swoisty sukces. Wedle Google Maps trasa miała trwać ponad 2,5h. Wychodziłam z założenia, że z dziećmi i postojami będą to 3h. Pierwsze trudności na trasie, a zatem korki pojawiły się na… no zgadnijcie, gdzie na polskich autostradach tworzą się najczęściej korki???? Tak, na bramkach. Straciliśmy tam jakieś pół godziny. Potem trasa w miarę jakoś biegła, ale mimo iż przemieszczaliśmy się do przodu nawigacja pokazywała wciąż prawie ten sam czas – – być może dlatego, że ta miejscowość nazywa się Zator tam zawsze przed parkiem tworzy się zator. I niestety, ale tego nie unikniesz, bo do Energylandii ściągają tłumy ludzi, a droga no cóż … jedna, wiec znów straciliśmy szmat czasu. Muszę jednak przyznać, że na takie ilości tłumów zarządzanie parkingami mieli opanowane do perfekcji i poszło to bardzo sprawnie. Koszt parkingu na cały dzień znośny – 10zł.
Po 4 godzinach byliśmy więc na miejscu.
I przyznam, że już samą trasą byliśmy lekko zmęczeni. Z braku czasu i nadmiaru obowiązków w tygodniu nie kupiłam biletu online i radzę Wam tego błędu nie popełniać. Jak się możecie spodziewać po tak wielkim parku rozrywki, na kasach też były tłumy. Oprócz tradycyjnych kas były też kasy mobilne – dorwałam więc Panią, która bardzo szybko poinstruowała mnie co i jak gdzie mam wklepać łącząc się ze stroną internetową mobilnie – czyli poinstruowała mnie jak zarezerwować bilet online. Gdy już wklepałam wszystkie dane, a wierzcie mi, że było tego sporo (dane członków rodziny, pesele i kilkunastu cyfrowy numer bonu) i ciężko się to robi w takim tłumie w prażącym słońcu, gdy z boku dzieci jeszcze dogadują, to gdy zatwierdziłam, wywaliło mnie z neta. Poziom mojego relaksu już był na LEVEL 0%. Niestety ale mój zasięg internetowy i zasięg sieci operatora na terenie parku był przez cały dzień pobytu niezbyt dobry. Poszłam więc na tradycyjne kasy i polecam Wam pójście nieco dalej, bo większość ludzi zatrzymywała się na kasach z przodu, a dalej też są kasy, a ich oblężenie jest znacznie mniejsze. Ceny? Bilet ulgowy 99,00 zł, bilet normalny 149,00 zł, dzieci do lat 3 lat mają darmowy wstęp także 3 latki już nie, no i trzeba kupić co najmniej jeden pakiet na jedzeni o wartości 50,00 zł – ALE uwaga nie wchodzą w to napoje! Więc w sumie na wstępie wyszło nas 500,00 zł z bonu turystycznego i 100,00 zł dodatkowo – 600,00 zł.
Minęło już 5h – tak załatwianie biletów zajęło nam 1h.
A my byliśmy już serdecznie zmęczeni. Co było następne? Jak są dzieci to wiadomo, że “siku”. Tu – o dziwo – także kolejka. Gdy już mieliśmy to za sobą, uznaliśmy, że najpierw najpierw trochę zabawy, a potem jedzenie. Pojechaliśmy na dwóch karuzelach, gdzie czekało się około 20 minut na wejście. Oczywiście, że nie można jechać drwa razy z rzędu 😉 potem była już godzina 15:00 i byliśmy lekko w szoku, bo w zasadzie pół dnia zleciało, a my jeszcze nic nie przeżyliśmy. Trzeba było coś zjeść i napić się kawy … i niespodzianka, znów trzeba było czekać… co jest bardzo uciążliwe, szczególnie z małymi dziećmi, które nie potrafią w miejscu usiedzieć ani chwili. Czekaliśmy na moje odczucie i pusty żołądek 2 godziny, ale myślę, że było to z jakieś 40 minut. Najpierw kolejka żeby złożyć zamówienie, potem czekanie na zamówienie. Ale gdy brzuchy już były pełne i kawa wypita to człowiek nieco inaczej patrzy na świat.
Co dalej?
Postanowiliśmy, że najpierw przy tym upale – bo pogoda nam dopisała, udamy się na baseny. Mój mąż zasugerował na parkingu, żeby nie brać ręczników, bo na pewno można tam jakieś wypożyczyć, no cóż NIE MOŻNA. Dobrze, że siostra wzięła jakieś ze sobą. Jeżeli chodzi o przebieralnie to szafki dostępne były za opłatą 7 zł – funkcjonuje podobnie jak na basenie, dostajesz opaskę z automatu na rękę. Przebieralnie były tuż obok szafek – to akurat było dobrze pomyślane. Na basenach na fajne zjeżdżalnie też były masakryczne kolejki, ale sam fakt, że można było się taplać się był dla dzieci super. Na leżakach brak miejsca – norma. Po basenach postanowiliśmy dalej pobalować na karuzelach i trochę byłam zawiedziona.
Bo jest strefa familijna, ale…
…trzeba się na wszystko kwalifikować wzrostem. I tak dla mojego syna, który jest już dosyć duży, ale wedle wzrostu miał lekko poniżej 140cm spora część karuzel odpadała! Na te całkiem małe karuzele był już trochę za duży (chociaż i tak z nami jeździł) a na te większe… niestety był jeszcze za mały, więc wracał zniesmaczony, bo wszędzie, gdzie mu się podobało, po prostu się nie kwalifikował. I tak sam fakt chodzenia po parku i nie załapania się na karuzele był męczący. Potem kiedy stanęliśmy przed jedną karuzelą, gdzie kwalifikował się wzrostem, ALE kolejka oczekiwania była 40minut (przed każdą karuzelą jest wyświetlacz sugerujący czas oczekiwania), on już nawet nie miał ochoty. Samo stanie i czekanie było naprawdę meczące. Fajna była karuzela Dragon Adenture i polecam w ogóle tę część parku. Po przejażdżce na smokach stwierdziliśmy, że dzieci pobawią się na placu w tej części, a ja i szwagier postanowiliśmy poszaleć i zjechać na ZADRA – najwyższyym na świecie WOODEN ROLLER COASTER. Adrenalina nieziemska, powiedziałam, że będę piszczeć, ale piszczałam tylko na 1 zakręcie, potem z wrażenia i osłupienia nie otworzyłam już ust. No ale raz się żyje. Zjazd trwał jak dla mnie przy tej prędkości około 1 minuty. Tak zaledwie 1 MINUTA, a jeszcze bardziej zdziwi Was ile czekaliśmy w kolejce – 1 GODZINĘ. !
1h godzina czekania dla 1 minuty zjazdu!
Była godz. 20:00. Stwierdziliśmy, że idziemy coś zjeść i zbieramy się do domu. Nie muszę chyba wspominać, że była kolejka do jedzenia. Dzieci byli już hiper zmęczone i odrobinę nieznośne, a my rodzice wykończeni. I szczerze siedząc tego wieczoru tam w pizzerii widziałam na około już tylko wykonczonych i zestresowanych rodziców oraz wykończone i hiperaktywne dzieci. Potem jeszcze dotarcie na parking i powrót. Na szczęście droga powrotna bez korków i tak dotarliśmy kolo 1 w nocy do domu.
Czy polecam wyjazd do Enrgylandii?
Nie. Szczerze powiedziawszy nie. Generalnie na pewno nie w weekend, bo to jest przepraszam za wyrażenie “spęd bydla”, być może w tygodniu wygląda to lepiej, nie wiem, ale w weekend masz tłumy, tłumy i jeszcze raz tłumy, wiec wyjazd z małymi dziećmi jest stresujący, bo w tym tłumie naprawie można się szybko zgubić. Trochę się tego spodziewałam, ale zniosłabym to wszystko, gdyby nie kolejki do jedzenia i toalety. Zawiedziony był też mój 9 latek i wcale mu się nie dziwię. W sumie jechaliśmy na 4 karuzelach i sama nie mogłam uwierzyć, że tylko na 4, a większość dnia spędziliśmy na staniu w kolejkach. SERIO.
Czy zatem Energyladnia to pożeracz czasu, pieniędzy czy energii?
Niestety ale wszystkiego naraz. Jeżeli miałabym jeszcze raz mieć wybór, to za te 600,00 zł które udaliśmy na wstępie + inne opłaty (napoje, bramki, szafki, itd.) mielibyśmy naprawdę udany wypad do hotelu na dwa lub nawet 3 dni i wrócilibyśmy wypoczęci, a przede wszystkim zadowoleni, czego o wypadzie do Energylandii powiedzieć nie możemy. Być może w tygodniu wygląda to inaczej, ale wypadów na weekend na pewno nie polecam. Warto pojechać tam ze starszymi dziećmi, które mają ponad 140cm wzrostu, wtedy wstęp jest warty tych pieniędzy.