Szkoła, dziecko, zaskoczenie – co łączy te pojęcia? Jedno uczucie, które wielu z nas rodziców przeżywa może nie na co dzień, ale aż nazbyt często. Nazywa się FRUSTRACJA. Frustracja, która bardziej przypomina bezradność. Bezradność wobec swojego dziecka, a także wobec systemu szkolnictwa. Szkoła to nauka życia, nauka brania odpowiedzialności za samego siebie, nauka ponoszenia konsekwencji. Mimo wszystko naszym obowiązkiem jako rodziców jest wspieranie dzieci w tym etapie poznawczym, trzeba im czasami dać parę wskazówek, czy coś wytłumaczyć. W tej kwestii dzieci są zdane na naszą pomoc, natomiast nasza pomoc jest zależna od dzieci. I tu się zaczyna problem – gdyż pojawia się emocja o nazwie zaskoczenie.
Spytacie pewnie dlaczego zaskoczenie?
Znacie to uczucie, kiedy leżycie w łóżku wieczorem w piżamach wykończone po całym dniu, czytacie bajkę walcząc w tym momencie ze spadającymi klapkami na oczy (polecam sposób Jasia Fasoli z zapałkami), ba! Nawet próbujecie oszukiwać (bo jeżeli jest tu jakaś matka, która jeszcze nigdy w swoim życiu nie próbowała przewrócić 2 lub 3 zamiast jednej kartki, żeby szybciej dobrnąć do końca książki, niech zostawi komentarz! ), gdy niczym grom z jasnego nieba Twoje dziecko dostaje nagle cudownego olśnienia!
– Mamo! Na jutro na plastykę mamy przynieść…
Zaskoczenie? Jak oaza spokoju przyjmujesz to do wiadomości, po czym wybuchasz tkliwym lamentem niczym zawodząca hiena. Wiem, że wtedy się nie widzisz, ale jest wieczór, masz włosy w nieładzie, rozmyty makijaż, twarz umalowana zmęczeniem i choć trudno w to uwierzyć, mniej więcej wyglądasz wtedy tak:
Człowiek uczy się na błędach.
Tak głoszą bynajmniej najstarsze ludy naszej ziemi. No cóż. Jak zawsze i tej kwestii zdarzają się wyjątki, a historia lubi się powtarzać. Niemniej jednak spotkało mnie ostatnio nieco inne zaskoczenie. Podczas przerwy świątecznej niejednokrotnie pytałam mojego syna, co jeszcze mają zadane i czego muszą się nauczyć. I tu żadne dziwko! No jak zwykle NICZEGO! A ile razy słyszałam “NUDZĘ SIĘ!” Tym bardziej wkurzył mnie fakt, że pakując się w niedziele wieczorem o 19 do szkoły (nie muszę Wam chyba mówić, że matka trąbi o tym by pakować się wcześniej, żeby uniknąć zaskoczenia) nagle mój syn przypomniał sobie, że na jutro mają umieć zagrać na flecie “Mazurek Dąbrowskiego”. “Dla chętnych, czy obowiązkowo?” – pytam już z przezorności.
Obowiązkowo! Akurat MUZYKA!
Ja pier… ! Ale czego się nie robi dla dzieci. Otwieramy książkę z muzyki i pytam, na jakiej podstawie się tego uczą? On nie wie. Oni uczyli się rysowania klucza wiolinowego, gesto-dzwieków i mieli jakieś zadanie kiedyś, którego on nie zrobił, bo zapomniał. Jesteśmy w ciemnej d…! Ani moje dziecko, ani ja nie wiemy kompletnie nic! Coraz bardziej zaczynam znów przypominać hienę, ale teraz to już bardziej tę z boku:
Kartkuję książkę z muzyki od początku do końca, patrzę jak to wszystko wygląda, ale żadnej logiki, ani wniosków z tego jak grać na flecie nie potrafię wyciągnąć. Nic mi się tu do kupy nie klei. Ja nie potrafię na podstawie książki stwierdzić kompletnie nic, a co dopiero moje dziecko. Psioczę pod nosem na szkolne podręczniki! Zamykam książkę i wzywam wsparcie – męża. On szuka czegoś na necie, ja na komórce, notujemy układ dziurek (otwartych/ zamkniętych), nuta za nutą z jakiegoś filmu na YouTybe.
Jestem zła!
Jestem zła na moje dziecko, które przez cały okres przerwy świątecznej mogło to sobie w spokoju ćwiczyć. Jestem zła na Panią, bo nie nauczyła dzieci jak grać na flecie. Jestem zła na system szkolnictwa, który wypuszcza na rynek tak beznadziejna książki. Stwierdzam, że zanotujemy najpierw pierwszą linijkę nutek i nauczymy się choć odrobinkę, aby coś było w ogóle, a resztę poćwiczymy jutro…
I zaczyna grac. 1 raz, 2 raz… pomagam mu w koordynacji palców… ćwiczymy.. gra po raz 100, 200… lecz ani jeden dźwięk nie przypomina mi Mazurka Dąbrowskiego. Jest godzina 21.40 – miał być relaksujący film na kanapie, zamiast tego jest skamlająca hiena z najeżoną sierścią. Nic z tego nie będzie dziecko – mówię, idź do łóżka, a jutro wypoczęci poćwiczymy. Trudo, najwyżej będzie pała. A dupie mam tę muzykę – sobie myślę. Muzykiem i tak nie zostanie.
Nadchodzi poniedziałek i chwila prawdy.
Moje dziecko ambitnie coś tam z rana jeszcze ćwiczy, ale od wczorajszego wieczoru nic się nie zmieniło. Nie komentuję tego. Niech idzie do szkoły. A wiecie co się dzieje kiedy wraca? Wtedy pojawia się zaskoczenie. Czy dostał 1? Nie, nie moje dziecko przecież. Wiecie dlaczego? Bo po pierwsze, nie na poniedziałek mieli się tego nauczyć. A po drugie nie Mazurka Dąbrowskiego.