To już rok! Ponad 365 dni odkąd założyłam bloga! Z dzisiejszego punktu widzenia mogę śmiało stwierdzić, że założenie było najmniejszym problemem. O wiele trudniejszym jest przygotowywanie wpisów, gdy brakuje czasu na ich tworzenie – gdy wracasz wykończona z pracy, gdy dzieci dają Ci w kość lub dopada je niezapowiedziana jelitówka, gdy samopoczucie nie pozwala Ci na funkcjonowanie w 100%. Ale dałam radę! Od ponad roku na moim blogu 1 raz w tygodniu pojawia się wpis.

 

Myślę, że jest do dobra okazja, byście o paru rzeczach się dowiedzieli.

 

Dlaczego blog?

Nie dlatego, że prowadzenie bloga stało się w ostatnich czasach bardzo modne. Mój mąż prowadzi od jakiego czasu (dobra minęło już kilka dobrych lat) stronę naszego sołectwa i pasjonuje się fotografią. A ja matka… no cóż, a kiedy ja niby miałabym cokolwiek robić, skoro nigdy nie mam czasu? Zakupy, gotowanie, pranie, prasowanie, sprzątanie… wiecie, zajmowanie się domem i dziećmi i jeszcze praca na etacie nie pozostawia zbyt wiele czasu. Pewnie większość z Was jest tego samego zdania! Ale mój mąż zawsze stawiał na pierwszym miejscu swoje pasje. I choć czasami z uporem, zawsze w plan czasowy potrafił dosłownie wcisnąć te swoje pasje – tu jakaś fotka, tu jakiś wpis, tam jakiś fotoreportaż. Zawsze jakoś brnął do przodu, a ja przyglądając się z boku zastanawiałam się, dlaczego my kobiety na rzecz dzieci z tak wielu rzeczy rezygnujemy i poświęcamy się im całym sercem? Kiedyś te dzieci dorosną i pójdą w świat, a ja zostanę. Do kogo będę miała wtedy pretensje, że nie spróbowałam tego, na co naprawdę miałam ochotę. Do siebie? Do dzieci? I tak w mojej głowie zakiełkowała myśl o blogu.

 

Dlaczego pisanie?

Bo ja od zawsze uwielbiałam pisać. Wypracowania, rozprawki i opowiadania nigdy nie sprawiały mi problemu. Bo pisanie mnie fascynuje. Pasjonują mnie historie, które potrafią wciągnąć czytelnika – jak historie Walta Disneya, który jest mistrzem tworzenia obrazów w naszej głowie. Do tego poziomu jeszcze mi daleko, ale lubię ten temat zagłębiać. Dlaczego padło na blog? Bo jest ściśle związany z internetem, a wiemy jakie on ma znaczenie w dzisiejszych czasach. Wiedziałam, że prowadzenie bloga nie będzie łatwym zadaniem, ale wiedziałam też od początku, że będzie dla mnie wyzwaniem, dzięki któremu sporo się nauczę. Nauczę się lepszego tworzenia tekstów, nauczę się posługiwania się aparatem fotograficznym, nauczę się promowania w mediach społecznościowych, nauczę się obróbki fotograficznej, nauczę się o pozycjonowaniu stron w internecie. Ale przede wszystkim nauczę się bardzo wiele o samej sobie.

 

Skąd nazwa bloga?

Nad nazwą spędziłam bardzo sporo czasu. Niestety jeżeli już udało mi się znaleźć jakąś sensowną, to albo się okazywało, że domena (czyli nazwa strony internetowej która wklepujesz w przeglądarce) jest już zajęta, albo ktoś ma już konto o takiej nazwie na Instagramie, albo ktoś założył już taki profil na Facebooku. Ostatecznie padło na kilka zawężonych nazw, z których wybrałam: ANNBELIVABLE.

  • Ann – to ang. wersja mojego imienia
  • Belivable –  jest w j.ang piękne słowo believable, co oznacza tyle co wiarygodne i choć naczytałam się o tym mnóstwo, aby przy angielskojęzycznych nazwach nie zrobić jakiejś krytycznej literówki i doskonale o tym wiedziałam, to dokładnie właśnie tak się  stało.

 

Dlaczego popełniłam błąd?

Domenę (czyli nazwę bloga annbelivable.pl) zamawialiśmy późną wieczorną porą – jak zwykle w rodzinnym chaosie, ale przekładaliśmy to już tyle razy, że w końcu przymusiłam mojego męża, aby to zrobił. Szybko wpisałam nazwę, wiedziałam w końcu jaką, sprawdziłam i…. chaos w łazience sprawił, że zatwierdziłam. Poszło w świat. Założyłam konto na Facebook’u i Instagramie, korzystając oczywiście z funkcji kopiuj-wklej. Wrzuciłam dwa posty na bloga promując je jednocześnie na portalach, po czym się zorientowałam, że mam ten paskudny błąd! Ale stwierdziłam, że to jest dokładnie tak, jak w macierzyństwie – choć doskonale wiesz, jak wychowywać dzieci, choć przeczytałaś mnóstwo poradników i doskonale wiesz, czego nie robić, choć starasz się nie wiem jak bardzo i tak się potykasz i popełniasz błędy. I tak właśnie było z nazwą mojego bloga. Czytałam, wiedziałam, a mimo tego stało się. Do błędów trzeba się umieć przyznawać. Dlatego postanowiłam tej nazwy już nie zmieniać. Bo, podobnie jak macierzyństwo, jest wszystko inne, tylko nie idealna.

 

Czy blogowanie to sama przyjemność?

Niestety nie. To całkiem spory kawał pracy, ale staram się do tego podchodzić jak do przyjemności, bo dzięki temu powstało mnóstwo super fajnych tekstów, z których jestem dumna i cale mnóstwo pięknych fotek, których nigdy bym nie zrobiła, bo nie miałabym na to czasu. Ale faktem jest, że zrobienie takiego konkretnego wpisu zajmuje mnóstwo czasu. Czasami korzystam z banków zdjęć, ale jeżeli do wpisu chcę wykorzystać prywatne zdjęcia to muszę przeznaczyć na to ok. 1-2h (bez przygotowań stylizacji, makijażu, gadżetów), a potem 1-2h na ich obróbkę. Przygotowanie tekstu zajmuje mi średnio 2-5h , promocja w mediach społecznościowych to kolejna 1h. Myślę, że na prostych postach, jak przepisy spędzam około 3h, natomiast przy tych bardziej wymagający spokojnie z 5h albo i więcej.

Dlatego grudzień był moim pierwszym konkretnym miesiącem zwątpienia, czy ja chcę to na pewno dalej robić, bo grudzień był pod względem wolnego czasu, który mogę przeznaczyć na bloga, katastrofalny.

 

Co nowego na blogu?

  • Każdy poniedziałek nowy wpis: Jak do tej pory wpisy będą pojawiać się regularnie. W każdy poniedziałek znajdziecie na blogu nowy post.
  • #STYLE raz na kwartał: Wprowadziłam w grudniu nowy cykl z serii #STYLE. Co najmniej raz na kwartał chciałabym podzielić się z Wami stylizacjami, które zwyczajnie lubię i które być może przypadną do gustu i Wam. Ostatni modowy wpis znajdziecie tutaj.
  • #ANIAGOTUJE raz na kwartał: pojawiać się będą posty dotyczące kuchni – nie jej urządzania, ale dotyczące spędzania w niej minimalnego czasu. Czyli coś smacznego, co można wykonać w expresowym tempie. Moje sprawdzone i niezawodne przepisy.
  • Oczekiwania vs. rzeczywistość: na Instagramie wprowadzam zabawny cykl zdjęć oczekiwania vs. rzeczywistość. Zachęcam Was do śledzenia mojego konta. Znajdziecie tu całe mnóstwo fotek, których nie publikuję ani na blogu, ani na Facebooku.

 

Czy osiągnęłam swój cel?

Tak. Choć zdaję sobie sprawę, jak wiele więcej chciałabym wiedzieć, jak bardzo lepiej chciałabym umieć posługiwać się sprzętem fotograficznym, jak o wiele lepiej  chciałabym umieć wykorzystywać potencjał programów do obróbki graficznej. A jednocześnie zdaję sobie sprawę, jak dobrze potrafię zarządzać swoim czasem, jaka jestem wytrwała i jak potrafię dążyć do celu. Chciałabym o wiele więcej, ale póki co pracując na etacie i mając dwójkę dzieci nie jestem w stanie wygospodarować aż tyle czasu, żeby robić te wszystkie rzeczy tak dobrze, jak chcę. Mimo tego staram się.

 

 

Co dało mi prowadzenie bloga?

Mam całą masę pięknych ujęć, spory bagaż doświadczeń, nauczyłam się bardzo wiele o sobie. Wiem, że prowadzenie bloga to ciężki kawałek chleba i wiem, jak trudno pozyskać czytelników, dlatego chciałabym Wam podziękować, za to, że tu jesteście. Bo to dzięki Wam ten blog wciąż funkcjonuje, nie traciłabym czasu, gdyby nikt tu nie zaglądał, a rosnąca liczba użytkowników motywuje mnie do dalszego działania.

 

 

Dziękuję Wam za to, że tu jesteście!

 

 

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *