Jak tam u Was po pierwszym tygodniu? Wskoczyłyście już na obroty? Czy Wasza rzeczywistość wygląda już typowo jak u chomika na kołowrotku? Ja obiecałam sobie, że w tym roku wyluzuję jeszcze bardziej ze szkołą, bo w końcu to mój syn do niej chodzi, a nie ja! Jednak jeżeli chodzi o poranki, te nadal wyglądają tak, że lecimy na zbity pysk. A wszystko przez to, że chcemy pospać pół godzinki dłużej…
Tak, te pół godzinki dłużej jest dla mnie śpiocha zbawieniem. Gdybym tylko wieczorem kładła się wcześniej spać… ale jak tu nie delektować się tą ciszą… i tak błędne koło się toczy. No więc kiedyś ktoś mnie pytał, jak wygląda typowy dzień matki… może zacznijmy od tego, jak wygląda typowy poranek matki 🙂
Typowy poranek matki.
Pobudka. Nie należy do tych przyjemnych rzeczy. Brak słońca, poranna ciemność i chłód nie sprzyjają wypełzaniu dzieci z cieplutkich łóżeczek. Co innego oczywiście w weekend, kiedy nie trzeba wstawać 🙂 u nas najlepiej sprawdzającym się sposobem na wygonienie dzieci z ciepłego puchu, są teatrzyki z maskotkami – po prostu budzi ich jeden pluszak gadający głosem matki, robiący różne psotne figle.
Kiedy już więc udało mi się dobudzić moje dzieci…
postanowiłam zrobić im śniadanie. Zerkam do chlebaka, a tam AŻ 2 kromki chleba. No tak, miałam wczoraj kupić chleb. No cóż. Miałam. Czasu się nie cofnie. Zrobiłam im płatki śniadaniowe i choć kręcili nosem, ostatecznie zjedli ALE na samej dyskusji o tym, co jemy i “dlaczego nie ma kanapek”, “nie będę tego jeść ” straciliśmy oczywiście cenny czas.
Poganiałam więc dzieciaki, by pędziły do łazienki.
Mój syn, w porównaniu do córki, nie zna pośpiechu. Dla niego czas nie ma znaczenia. Tym bardziej do dziś nie potrafię zrozumieć, jak to się stało, że idąc wolnym krokiem z kuchni do łazienki poślizgnął się na jednym, JEDYNYM schodku, który mamy na poddaszu i upadł tak boleśnie na szanowne 4 litery, że aż łzy stanęły mu w oczach. Moja adrenalina już pulsowała… Bóg jak zwykle nie wziął pod uwagę, faktu, że dziś postanowiłam być w pracy punktualnie i zaśmiał mi się w twarz. Cóż, życie – przytuliłam syna, podając mu zimny okład i pognałam do córki, która już wołała z sypialni, nie potrafiąc wciągnąć na swoje stópki rajstopek…
Czas, rano zawsze go za mało.
Już wiedziałam, że punktualnie to ja dziś w pracy nie będę. Mówię synowi, że fajnie, gdyby pojechał dziś rowerem, bo zależy mi na każdej minucie. Zgodził się – ufff. Jeszcze tylko śniadanie do szkoły. Wiedząc, że żadnej kanapki nie wyczaruję, no bo nie mam z czego, a do sklepu oczywiście też nie zdążę, jak na prawdziwą wzorową matkę przystało, zapakowałam synowi do śniadaniówki dwa batony i dwie malutkie paczuszki herbatników. Pożywne śniadanie, ALE warto zauważyć, że zjadł dla odmiany całe.
Syn się pożegnał i wyszedł.
Cieszyłam się, że chociaż zaoszczędzę czas na jego odwózce. Ale moje szczęście nie trwało długo. Wrócił po 1 minucie, przypominając mi, że przecież wczoraj spadł mu łańcuch w rowerze i mieliśmy problemy, by go założyć… taaa…. czy tylko ja odnoszę takie wrażenie, że problemy o poranku wracają jak bumerang? Wychodząc z domu nie mogliśmy jeszcze znaleźć ani jednej z 2 czapek mojego przedszkolaka, dobrze że ma wyrozumiałego brata, który pożyczył jej swoją.
Odwiozłam syna, potem córkę.
Usiadłam przez komputerem i zrobiłam sobie kawę. Czy byłam w pracy punktualnie? Wiadomix. Czy kupiłam popołudniu chleb? Nawet dwa. Jeden leży w zamrażarce. Czy jutro wstanę pół godzinki wcześniej? Tylko, gdy położę się wcześniej do łóżka, a to zapewne nie będzie miało miejsca.
Człowiek uczy się na błędach, a jednak mam wrażenie że co drugi poranek wygląda właśnie tak jak ten. Także tyle w temacie, a co do jutrzejszego poranka – niech moc będzie z Wami 😉