Chciałabym Wam opowiedzieć pewną historię, która wydarzyła się już jakiś czas temu, ale która ciągle gdzieś tam siedzi w mojej głowie. Nie dlatego, że jest jakaś super zaskakująca, ale dlatego, że mi samej dała do myślenia. Bo ta historia obrazuje po części to, jakie jest społeczeństwo i nie wrzucam tu wszystkich do jednego worka – absolutnie nie, ale wielu z nas właśnie w ten sam sposób patrzy na drugiego człowieka. Widzimy ludzi nie takimi, jakimi są.

 

Pewnego popołudnia pojechaliśmy całą rodzinką do lasu, by na chwilę odpocząć od codzienności i podelektować się panującym tu spokojem. Jak się domyślacie – idealnej ciszy tu nie znaleźliśmy, bo zabraliśmy ze sobą dzieci 😉 Tuż za lasem stoi domek i mieści się kilka stawów. Mój mąż jak zawsze zabrał swój sprzęt i poszedł ustrzelić – nie, nie dzika – ale kilka ciekawych kadrów fotograficznych, z dala od rodzinnego zgiełku. Ja zajęta byłam niemonitorowaniem naszego 3 letniego wulkanu energii, bo mimo iż woda była jeszcze nieco zmarznięta, to jako matka miałam już przed oczami wizję wpadania mojego dziecka do stawu.

 

Jak to dzieci…

W tym czasie mój starszak – jak każde zwyczajne dziecko – schylił się po kamień i rzucił nim w taflę przymarzniętej wody. Tzw. wybijanie dziur – bardzo fajna zabawa, którą zna chyba każdy z nas. Ale gdy wrzucił już kilka takich kamieni poprosiłam go, by więcej tak nie robil, bo to staw hodowlany i może właściciel sobie tego nie życzyć. Potem zajęłam się zbieraniem żołędzi i innych skarbów matki Ziemi z moim młodszym dzieckiem, gdy nagle zauważyłam starszego Pana zmierzającego dosyć żwawym krokiem w naszym kierunku. Zapewne gdybym wiedziała, jaki jest cel tej wizyty, nie powitałabym go z uśmiechem na twarzy miłym dzień dobry. Bo ze strony Pana nawet żadne dzień dobry nie padło, ale przywitał nas grubej rury:

 

Wynocha stąd! To jest prywatna droga, a Wy miastowi przyjeżdżacie tu i myślicie, że wszystko Wam wolno! Za tę utwardzoną drogę musieliśmy sami zapłacić, a Wy te kamyki wrzucacie sobie teraz do wody!

 

Powiedział to z takim oburzeniem, że szczęka lekko otwarła mi się z wrażenia, bo absolutnie takiej reakcji się nie spodziewałam. Nie jestem z miasta, a do ludzi odnoszę się z należytym szacunkiem, więc przeprosiłam i powiedziałam, że nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że najmocniej naprawdę przepraszamy, a dziecko po prostu znalazło sobie zabawę i …

 

Nie zdążyłam dokończyć!

Bo sfrustrowany Pan w ogóle nie miał zamiaru mnie słuchać. Odgórnie wsadził nas do szufladki “intruz z miasta” (a my prawdziwe wsioki) i wkurzonym krokiem pomaszerował w kierunku domu. Ja z dziećmi staliśmy w lekkim szoku. Ja bardziej niż dzieci, bo mnie samą potraktowano jak małe dziecko. N0 synku – powiedziałam – dogonimy tego Pana i jeszcze raz go przeprosisz, przecież nie chcieliśmy nic złego. Niestety to, że wołałam Pana nic nie pomogło i to, że nie dogoniliśmy go w trakcie, nie muszę Wam chyba mówić. Jak prawdziwie wkurzony czlowiek pomaszerował do domu pieniąc się w gniewie, ostatecznie zatrzaskując za sobą z hukiem drzwi. A drzwi, mimo że kilkakrotnie dzwoniliśmy i pukaliśmy pozostały zamknięte.

 

Co chciałabym Wam powiedzieć?

Że często osądzamy ludzi, odgórnie wsadzając ich do jakiejś szufladki, a to przekonanie może być bardzo mylne. Jeżeli wydasz z góry “wyrok” na drugiego człowieka i nawet nie zechcesz się na niego otworzyć, to z własnej woli będziesz się kisił w swojej frustracji, złości, a czasami i gniewie. Drugi czlowiek nie jest z natury zły, ale potrzeba odrobiny empatii i schowania dumy do kieszeni, by zrozumieć też jego postępowanie i spojrzeć na całą sytuację z jego perspektywy. Na koniec zostawię Wam jeden cytat, bardzo trafnie podsumowujący to całe opowiadanie i moim zdaniem bardzo prawdziwy:

Widzimy ludźmi nie takimi jakimi są, ale takimi, jakimi my jesteśmy.
[Anthony de Mello]

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *