W grudniu zeszłego roku wprowadziłam nowy cykl wpisów z serii #STYLE, wpisów modowych, które będą pojawiać się raz na kwartał na moim blogu. Ostatni kwartał pod znakiem COVID-19 był jednak dosyć specyficzny i takowego wpisu zabrakło. No ale nic straconego, nadeszła jesień i czas na kolejną odsłonę #STYLE. Tym razem krótko i na temat – moje ulubione spódnice MIDI i ciepłe sweterki.
Sukienki MIDI rzeczywiście skradły moje serce, bo już rok temu pisałam o nich w Grudniowym #STYLE. Nadal je uwielbiam, a szczególnie jesienią, po pierwsze bo wyglądają kobieco, po drugie bo jest w nich zdecydowanie cieplej, a ja jestem wielkim zmarzluchem. Bo trzecie, bo możemy nadać im przeróżne stylizacje – w połączeniu z wygodnymi sneakersami i zwykłym t-shirtem będziesz wyglądać sportowo, w połączeniu ze szpilkami i koronkową bluzeczką będziesz wyglądać sexy, a w połączeniu z jesiennym sweterkiem i nie za wysokimi szpileczkami będziesz wyglądać dobrze i BĘDZIE CI CIEPŁO. Idealnie zestawienie na zimę to oczywiście spódnica MIDI i cieplusieńkie botki.
No ale do sedna. Uwielbiam tej jesieni typowe przygaszone kolory, w szczególności morską zieleń i turkusowy. Spódnicę dostałam w prezencie od mojej siostry i na początku nie bardzo wiedziałam z czym ją pokombinować. Ale od drugiej siostry dostałam bon i tak powstała ta właśnie całość na zdjęciu.
A tak na marginesie uwielbiam stare domy. Być może dlatego, że skrywają w sobie nikomu nieznane tajemnice i historie życia ludzi, którzy tam mieszkali.
Ok… oglądając to zdjęcie po prostu udajcie, że nie widzicie wystającego sznureczka na wieszak 🙂 ja niestety sama się nie widzę! Natomiast kiedy proszę mojego osobistego fotografa – mojego męża, żeby bardziej zwracał uwagę na takie detale, to zawsze mi odpowiada, że jest skupiony na modelce, a nie na ciuchach. No cóż! Im to po prostu nie przeszkadza 🙂
Buty są stare. Ale mega wygodne i choć noski są już nieco starte, nadal uwielbiam w nich chodzić bo mają idealnie wysoki (czyli niski) obcas i co tu dużo ukrywać – są wygodne.
Spódnica: ze sklepu Sinsay, niestety nie ma jej już w sprzedaży 🙁 ale w podobnym stylu znajdziecie tutaj lub tutaj. Ta z Mohito jest też bardzo kobieca i jest typowo w moim stylu, jednak jest nieco droga, więc może warto poczekać na jakąś promkę: tutaj
Sweter: ze sklepu Sinsay i niestety ale też nie ma go już w sprzedaży, w podobnym kolorze znajdziecie tutaj lub z wiązaniem na plecach tutaj
Czółenka: kupione zbyt dawno, by były jeszcze w sprzedaży, ale gdybym miała Wam coś polecić to na mniej wrażliwe stopy z tańszej półki tutaj coś lub na bardziej wrażliwe stopy tutaj
Kolczyki: kupione już bardzo dawno temu w MOHITO, w podobnym stylu znajdziecie tutaj lub klasyczne koła, które teżuwielbiam tutaj
Naszyjnik: ten na zdjęciu chwilo niedostępny w sklepie online, ale osobiście mam drugi także godny polecenia: Naszyjnik H&M
Torebka: Pepco, to był spontaniczny zakup, jak większość rzeczy w Pepco 🙂 ale bardzo trafiony, bo torebka nie ma przedziałów i mam zawsze wszystko na wyciągnięcie ręki. Jedyny minus – nie ma zapięcia, bo to typowa torebka letnia. Niestety nie ma jej już w sprzedaży.
Za kulisami!
Wiecie jak powstają takie zdjęcia? Rano w sobotę po śniadaniu zawożę dzieci do babci na 3 godzinki, potem biorę relaksującą kąpiel. Okoły godziny czasu zajmuje mi przygotowanie stylizacji włącznie z malowaniem paznokci, butami i dodatkami. Kiedy robię makijaż i układam włosy mój mąż przygotowuje plan sesji i swój sprzęt. A potem mamy około 2h czasu na ujęcia.
Tak to mam poukładane w głowie i takie byłoby moje wyobrażenie. I Wasze pewnie też. Ale życie jest nieco bardziej skomplikowane. Generalnie jestem osobą która zawsze planuje (pisałam o tym tutaj) – także to, kiedy robimy fotki. Jednak wychodzi na to, że musimy zrobić kilka podejść nim uda nam się zrobić jakiekolwiek zdjęcia. Powodów jest wiele – albo ja niezbyt dobrze się czuję, albo wypada coś niezapowiedzianego, albo ktoś spontanicznie wpada, albo coś jest z dziećmi. Jakby nie patrzeć, kiedy nie czuję się za dobrze to nie robimy sesji, bo niestety ale to widać na zdjęciach. Im Wam też radzę nie wybierać się do fotografa na siłę, bo Waszego samopoczucia nie ukryje nawet wymuszony uśmiech.
Wszystko dzieje się – jak w większości rodzin z dziećmi – na wariackich papierach. Kiedy mam dobry dzień i tryskam pozytywną energią spontanicznie rzucam hasło do męża i jedziemy z tym koksem. Starszakowi włączamy kompa albo wysyłamy go do kumpli, młodsze dziecko albo zostaje z babcią albo nie – czasami się udaje, niejednokrotnie jednak jest z nami, bo “chcę do mamy”. Miejsce do zdjęć zazwyczaj mam już jakieś upatrzone, ale maluję i ubieram się dosłownie w kilka ekstremalnych minut i pstrykamy. Nogi nieogolone, paznokcie nieumalowane, włosy pryskam suchym szamponem 🙂 także wiecie o co chodzi. Do dyspozycji mamy często mniej czasu niż godzinkę, to jest naprawdę niewiele.
Co do pozowania, to powiem Wam, że wbrew pozorom, to co nam wydaje się być lekko przesadzone i sztuczne na zdjęciach wygląda jednak całkiem nieźle. Proste plecy, piersi do przodu, głowa do góry i najlepiej bokiem do fotografa. Potem musisz już tylko pomyśleć dlaczego jesteś szczęśliwa i uśmiech sam pojawi się na Twojej głowie. Ale najważniejsze, by czuć się dobrze z samym sobą. Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat pozowania polecam Wam kanał YouTube tutaj , kilka instrukcji znajdziecie też na tablicy Pinterest tutaj.
Jeżeli spodobał Wam się ten wpis, koniecznie
pozostawcie jakiś ślad w komentarzu.
Będę Wam bardzo wdzięczna!