Czasami samej trudno mi w to uwierzyć, ale od 3 lat prowadzę bloga, od 3 lat regularnie zamieszczam tu teksty i moje przemyślenia, od 3 lat próbuje łączyć blogowanie z pracą, macierzyństwem i prowadzeniem domu. Nie zawsze jest łatwo, raczej zawsze pod górkę 😉 Ale mimo wszystko warto. Blogowanie sporo mnie nauczyło. Nauczyło mnie patrzeć inaczej na życie, dzieci, wyzwania, a przede wszystkim na samą siebie. Po kolejnym roku blogowania przyszedł czas na kilka wniosków.
Wniosek pierwszy – M jak Moje plany.
Moje plany to jedno, a życie to drugie. Moje plany zawsze biorą pod uwagę życie, natomiast życie bardzo często nie bierze pod uwagę moich planów. Kiedyś strasznie mnie to wkurzało, gdy mój plan został zachwiany. Serio. Dla mnie to było frustrujące, wkurzałam się …w zasadzie sama na siebie… bo sobie coś postanowiłam, a nie byłam w stanie tego zrealizować. Bo chciałam napisać tekst, obrobić zdjęcia, coś dokończyć, przeredagować wpis, a zamiast tego dopadała mnie rzeczywistość – przeziębienie, jelitówka, nadgodziny pracy, komputer, który wysypał się w najmniej odpowiednim momencie i rożne inne nieprzewidziane wydarzenia, które tę realizację moich planów przekreślały. Wkurzałam się sama nie wiem na co? Na życie? Dziś wiem, że nie mamy mocy kierowania życiem i pojawiającymi się w nim przypadkami, a te zdarzają się aż nazbyt często i cóż nam przyjdzie z tego, że będziemy się denerwować i rzucać piorunami? Zupełnie nic poza wkurzeniem na…? No właśnie na kogo? Na życie? Pozostaje przyjąć je na klatę i zwyczajnie poukładać plany na nowo. Na pewne rzeczy wpływu po prostu nie mamy.
Wniosek drugi – M jak Muszę?
Zapewne doskonale wiecie, jak to jest z czasem w przypadku z dzieci – zawsze zbyt szybko mija i zawsze mamy go niewystarczająco, dlatego wiele rzeczy robimy w pośpiechu, często nawet się nad tym nie zastanawiając, co robimy. Bardzo dobrze obrazuje to ten kawał:
Pewien drwal zgłosił się do wyrębu drzew i na początku szło mu bardzo dobrze, efektywnie pracował i ścinał dużo drzew. Z wielkim entuzjazmem pojawiał się przez kolejne dni w pracy i ścinał ile sił, ale rezultaty nie były już tak dobre jak dnia poprzedniego. Trochę go to zmartwiło. Postanowił kolejnego dnia wstać wcześniej i poszedł szybko do lasu, pracował bez dłuższej przerwy od rana do wieczora i udało mu się osiągnąć wynik z pierwszego dnia. Jednak każdy kolejny dzień był trudniejszy, i szło mu coraz gorzej, bo wstawał coraz wcześniej i pracował bez chwili przerwy , a rezultaty nie były zadowalające. Pewnego dnia jego majster rzekł:
„Drwalu, weźcie się ta siekierka naostrzcie, bo jak Wy tyle drzewa rąbiecie od dłuższego czasu, to ta siekierka jest całkiem tępa!”
Na co drwal:
„Ale ja nie mam czasu jej naostrzyć, bo muszę rąbać drzewo.”
Tak. I jak popadałam i może czasami nadal popadam w takie schematy, że w wirze mojej listy zadań do zrobienie, robię i nawet się nie zastanawiam co robię, no bo robię i na zastanawianie się nie mam czasu. Takie błędne koło – robię, bo muszę zrobić, bo chcę coś skończyć co sobie postanowiłam – ale to jest bardzo złudne, bo ta presja tworzy się w mojej głowie i to jest chyba jedna z najgorszych presji. W takich momentach – a było już ich sporo – szczególnie jeżeli chodzi o prowadzenie bloga, zadaję sobie jedno pytanie: czy ja naprawdę muszę? Czy ja naprawdę muszę napisać ten tekst? Czy ja naprawdę muszę dziś skończyć redagowanie? Pisanie to coś co lubię, a kiedy przyjemność przeradza się w presję, to ta przyjemność przestaje sprawiać nam frajdę. Staje się obowiązkiem. Musieć, a chcieć – robi ogromną różnicę. Dlatego czasami decyduję się nie publikować, albo zaczynam pisać, ale jak się nie uda opublikować to heeeejjj – świat się nie zawali. To jest coś co robić lubię, a nie coś co muszę robić i niech tak pozostanie!
Trzeci wniosek – M jak ME
M jak ME, czyli Ja. Tak, w całym galimatiasie rodzinnego życia i obowiązków bardzo ważne jest by znaleźć czas dla samej siebie. Niekonicznie na pisanie tekstów, ale na świadomy odpoczynek. Poza tym, dlaczego akurat ja mam zbierać porozrzucane skarpetki, pozostawione w pokoju gościnnym kubki po herbacie, czy leżące na podłodze papierki? Dlaczego ja, kiedy inni domownicy robią rzeczy na które mają ochotę? Ja też mam takie prawo, prawo do małych przyjemności i przymykania oka na idealny dom. Lubię się czasami z niego wyrwać i zapomnieć o czyhającym w nim obowiązkach, czy to samotnie i w ciszy na rowerze mknąc przez pola przy blasku zachodzącego słońca, czy to rodzinnie spacerując po lesie. To człowieka uspokaja.
Nauczyłam się też nie popadać w schematy. Serio. Potrafię włączyć sobie w weekend serial, oglądać go do 2 w nocy (polecam “Telefonistki” na Netflixie) i mieć wywalone na to, że będę kolejnego dnia zmęczona. To się nazywa satysfakcja, a nie frustracja dorosłości. Też mam ochotę czasami na coś i nie będę robiła sobie jakiejś presji, że muszę bo …. bo co? Jestem matką i muszę zawsze zachowywać się odpowiedzialne i przezornie, być wyspana, ogarnięta i w ogóle być ikoną, no właśnie czego? Heroizmu. Wcale nie. Czasami mam wywalone na wszystko i im więcej mam wywalone, tym lepiej mi z tym.
Czwarty wniosek – M jak Moja rodzina.
Rodzina, która aż nazbyt często wyprowadza mnie z równowagi, ale która jest i za którą jestem niezmiernie wdzięczna. Gdyby nie oni nie było by tematów do pisania, nie byłoby moich rozważań, przemyśleń, być może nie byłoby nawet samego bloga. Choć kłótnie moich dzieci stale wyprowadzają mnie z psychicznej równowagi, a panujący w domu nieład zaburza moją harmonię yin i yang, to za nic na świecie nie chciałabym zamienić tego stanu na wysprzątany dom i ciszę. Rodzina to jest coś, co zmienia i uczy człowieka i to przez całe życie. Balansowanie między rodziną, a własnymi potrzebami jest trochę jak chodzenie po torach… ciężko złapać równowagę!
Piaty wniosek – M jak Marzenia.
Księżyc. Kumpel. Książka. Co mają wspólnego? Marzenia. Pamiętam kiedyś rozmowę z przyjacielem, który napomknął, że przecież każdy marzy o tym, by polecieć na księżyc i ile on by za to dał, żeby to się ziściło! A przy okazji pozdrawiam Adama =] Trochę się zdziwił, jak orzekłam, że ja o tym absolutnie nie marzę, a wręcz mnie to przeraża i jest to coś, czego nigdy bym nie zrobiła, nawet gdyby zaproponowano mi niebagatelną sumę. Wtedy marzył mi się co najwyżej lot balonem na niebie przy zachodzącym słońcu i to marzenie udało mi się w późniejszym czasie nawet zrealizować – szczegóły tutaj. Mam jeszcze kilka marzeń w zanadrzu, ale o wszystkich nie będę Wam tu pisać… jednak jednym z nich chciałabym się podzielić, bo jest to coś, do czego wielu z Was mnie namawia i coś, co może wydać się Wam oczywiste, ale wcale takie nie jest – od zawsze chciałam napisać książkę. I piszę to tu tak oficjalnie, by zmobilizować samą siebie do działania. Jaka to będzie książka i co będzie prezentować? To niech pozostanie moją słodką tajemnicą 🙂
Co na koniec?
Na koniec, pozostając w kwestii liter M jak Moi czytelnicy – D.Z.I.Ę.K.U.J.Ę. Dziękuję Wam bardzo. Dziękuję, że tu jesteście. Dziękuję, że tu zaglądacie. Niezmiernie mnie to cieszy. Naprawdę doceniam. Co będzie dalej i jakie plany na ten rok? No cóż, pomysłów mam sporo, zobaczymy, które uda się zrealizować 🙂
Jeżeli chcecie się dowiedzieć dlaczego blog, skąd się wzięła jego nazwa, dlaczego popełniłam błąd i co ja mam z blogowania, koniecznie zerknijcie do moich poprzednich wpisów urodzinowych:
Bluza ze zdjęć z literą M dostępna stacjonarnie w
Sklepie Wielobranżowym Lamia Krys-Bud
ul. Kościuszki 21, Popielów
Facebook: Sklep Lamia-KrysBud
Trzymajcie się ciepło!
Miło mi, że tu zaglądacie 🙂
I pamiętajcie, że najważniejszy w życiu jest balans 🙂