Czy pamiętacie swoje dzieciństwo? Jak je wspominacie? Myślę, że większość z nas z dzisiejszego punktu widzenia osoby dorosłej, tęskni bardzo za beztroską, która nam wtedy towarzyszyła. W szkole spędzaliśmy mnóstwo czasu i tam zdobywaliśmy swoje pierwsze doświadczenia, ale popołudniami nauka przeplatała się z zabawami na własnym podwórku. Czy Wy też bawiliście się w starych stodołach i szopach? W berka, chowanego i ciu-ciu-babkę? Czy chodziliście grać na boisko w kosza i siatkówkę, a podczas domowych turniejów badmintona i ringo, brama wjazdowa imitowała Wam siatkę boiskową? Graliście w Tetris i Mario na Gameboy’u? Albo w PacMan i Tank na Atarii? Spędzaliśmy beztrosko czas, ale świat się zmienił. Dziś rynek oferuje nam szereg dodatkowych zajęć dla dzieci i zapisujemy je na nie, bo chcemy, by nasze dzieci miały lepszą przyszłość.
Czasy uległy diametralnej zmianie. Jako rodzice jesteśmy świadomi tego, że najlepiej nauczyć się czegoś jako dziecko, bo ta nauka przychodzi wtedy automatycznie i bez większego wysiłku. Spektrum zajęć jakie oferuje rynek jest ogromny – balet, tańce, śpiew, karate, zajęcia plastyczne, zajęcia muzyczne, zumba dla dzieci, zajęcia komputerowe etc. I fajnie, że mamy takie możliwości, ALE… – jak zawsze mam jakieś ale – wydaje mi się, że czasami jako rodzice tracimy pole widzenia i zapisujemy dzieci na całą gamę zajęć, a potem… potem to my rodzice jesteśmy w ciągłym biegu i rozjazdach, bo dzieci trzeba na zajęcia zawieść i odebrać.
Może i jestem egoistką…
ale ostatnio dostałam kilka zapytań, czy chcę zapisać dziecko tu, czy tam. Zastanowiłam się i doszłam do wniosku, że nie chcę. Dlaczego? Syn od kilku lat chodzi na piłkę i lubi ten sport, wiele dzięki niemu się nauczył – nie tylko, jeżeli chodzi o kopanie piłki, ale również dyscyplinę, odpowiedzialność i zespołowość. Te jedne zajęcia w zupełności mu wystarczają. Młodsza córka na razie nie chodzi nigdzie i to jest dla mnie ok. Może to przychodzi z wiekiem, albo z doświadczeniem, ale mając dwójkę dzieci i chodząc do pracy mam w domu co robić i nie mam ochoty codziennie po pracy latać w tę i z powrotem z jęzorem na wierzchu od terminu, do terminu. Jedną z kwestii jest fakt, że chcę mieć czas – niekoniecznie dla siebie, chcę mieć czas dla rodziny, dla nas samych w domu. Chcę mieć czas, by w spokoju ugotować im obiad, by móc wybrać się z nimi na spacer, by zwyczajnie bez presji czasu pogadać z nimi przy stole lub usłyszeć ich śmiech podczas zabaw na własnym podwórku. Wożąc dzieci z jednych zajęć na drugie, nasza uwaga skupiona jest na delegowaniu osobnika, w takim tygodniu w którym jesteśmy non stop w biegu nie ma czasu na wspólne leniuchowanie, wspólne rozmowy, wspólny czas. Te relacje są bardzo powierzchowne. Odrób zadanie, zjedz obiad, ubieraj się – a przy tym wszystkim najczęściej pada to zdanie “bo się spóźnimy”.
Wywieramy presję na dzieciach od najmłodszych lat.
My rodzice sami sobie robimy tę presję, bo czy to dziecko naprawdę będzie miało lepszą przyszłość, skoro w chwili obecnej zaczyna już gonić i funkcjonować jak dorosły biegnąc z terminu na termin, będąc ciągle pod presją? W międzyczasie trzeba zrobić jeszcze zadanie, a gdzie tu miejsce na beztroskie spotkanie się z rówieśnikami i rozmowy z rodzicami. Nie zrozumcie mnie źle, wcale nie twierdzę, że dodatkowe zajęcia są generalnie złe, ale to my rodzice często przesadzamy w swoich ambicjach i posyłamy dzieci na wszystko co możliwe, a później? Później narzekamy, że na nic nie mamy czasu… no cóż, w swoim życiu Ty decydujesz co robisz, więc Twoje życie będzie wyglądało tak, jak je sobie zaplanujesz.
Dlaczego Wam o tym piszę?
Chciałabym podzielić się z Wami historią, która miała miejsce już spory czas temu, ale bardzo utkwiła mi w pamięci – historią pewnego dziecka. Nie mam tu absolutnie żalu ani pretensji do jego mamy, lecz ta sytuacja doskonale obrazuje, że my dorośli gubimy się w natłoku i pędzie świata, zatracając przy tym dzieci. Wielu z Was wie, że jestem koordynatorem lokalnych kursów pod nazwą “Samstagskurs”, gdzie dzieci w formie zabawy uczą się języka niemieckiego. Jedna z mam zapisała swoje dziecko, bo zajęcia cieszą się dobrą opinią i sprawiają dzieciom mnóstwo frajdy, no a dzieci przy okazji zabawy uczą się języka obcego. Dziecko pojawiło się na 1-wszych zajęciach i tylko na 1-wszych, a jego mama ogromnie nas organizatorów przepraszała – bo zapisała swoje dziecko i nawet zapłaciła za kurs, ale była zmuszona zrezygnować z posyłania go na te zajęcia. Dlaczego? To dziecko w wieku 6/7 lat codziennie po szkole miało dodatkowe zajęcia. Codziennie. Jak nie angielski, to szkoła muzyczna. Jak nie szkoła muzyczna, to prywatne lekcje matematyki. Do domu wracało wieczorami. Plus odrabianie lekcji. I kiedy nadeszła sobota, a ono miało iść na kolejne zajęcia, zapytało mamę wprost:
Czy mogłoby zostać dziś w domu i zwyczajnie się pobawić?
Tak po prostu pobyć w domu i nic nie musieć. Czy to jest zrozumiałe? Oczywiście. Wyobraźcie sobie same, że codziennie po pracy macie jakieś terminy – ginekolog, alergolog, zebranie w szkole, termin dziecka u dentysty, księgowa – no to nie oszukujmy się, ale z końcem tygodnia jesteście zmiażdżone i nie pragniecie niczego innego, jak odpocząć w weekend, no a w weekend znów musicie z rana coś załatwić… – nie jest to motywujące, co nie? Przecież każdy z nas potrzebuje chwili na złapanie oddechu i beztroskę. My nie jesteśmy robotami, które wykonują swoje czynności i najlepiej funkcjonujemy, gdy jesteśmy wypoczęci. Bycie pod ciągłą presją ma dla nas bardzo negatywne skutki psychiczne, a co dopiero dla takich dzieci.
Wiecie kiedy ja mam najlepsze pomysły na bloga?
No właśnie wtedy, kiedy jestem wypoczęta, co jest bardzo trudne w roli mamy, ale i ja daję sobie czasami na wstrzymanie bo nie jestem maszyną, ja też lubię mieć czasami niezaplanowane popołudnie, czas na spontaniczny wypad na rowerze, czy wspólny spacer z dziećmi. I sam weekend mi do tego nie wystarcza. Czas płynie nieubłaganie, a ja zwyczajnie nie mam ochoty ciągle pędzić, no bo po co? Chcę się chociaż czasami świadomie zatrzymać i mieć zwyczajnie czas. Tak samo jak my dorośli, tak samo tego wolnego czasu potrzebuje to młode pokolenie.
Zapisując dzieci na szereg dodatkowych zajęć przyświeca nam idea i troska o ich lepszą przyszłość, ale faktem jest, że w ten sposób zabieramy im często beztroską teraźniejszość.