Jak tam Wasze przygotowania do świąt? Kiepsko? Bardzo kiepsko? Tragicznie? Jeżeli macie jeszcze mnóstwo rzeczy do załatwienia, a czasu coraz mniej, to… no cóż przybijcie piąteczkę! Każda z nas przynależąca do klubu “rodzina” ma w grudniu ten sam problem – nadmiar rzeczy do zrobienia w stosunku do niewielkiej ilości czasu. Grudzień to podobno taki piękny czas…
Bynajmniej taki slogan jest ostatnio promowany we wszystkich mediach społecznościowych i przez influencerów. I coś w tym jest. Piękne są święta z rodziną i to, że można złapać oddech i dystans od codzienności przez ten okres, że można spędzić z dzieciakami beztroski poranek, z kawą w ręce, bez pospiechu i presji. Ale okres przedświąteczny, czyli w zasadzie cały grudzień bywa dla rodziców z dziećmi niestety bardzo meczący. Może i stanę przed szereg, rzucając to stwierdzenie, ale ja grudnia nie lubię.
Dlaczego?
Bo pomijając już sam fakt, że dochodzi nam w grudniu kilka dodatkowych czynności, jak przygotowywanie prezentów, strojenie domu, wspólne ubieranie choinki i pieczenie ciasteczek, które tak naprawdę każdy z nas chyba uwielbia i ja także, to jest też całe mnóstwo grudniowych wydarzeń w kalendarzu, który pęka w szwach. Jest tego po prostu zbyt dużo. Zbyt dużo festynów, występów, mikołajkowych imprez, kiermaszów, firmowych wigilii, spotkań i świątecznych inicjatyw. Imprez mających scalać ludzi, ale sprawiających, że ciągle gdzieś trzeba być.
Zbyt dużo tego wszystkiego naraz!
Z większości w tym roku świadomie rezygnowaliśmy, ale i tak ciężko było odpocząć. Czy tez odnosisz takie wrażenie? Jeżeli wydaje Ci się, że zwariujesz przed tymi świętami, to powiem Ci , że ja chyba też. Bo magiczny czas w grudniu zaserwował mi mniej magiczne nadgodziny w pracy, mniej magiczne zachowanie moich dzieci, mniej magiczne okoliczności w domu. Próbowałam przetrwać tydzień odliczając dni, godziny, a nawet minuty do weekendu, a kiedy nadchodził weekend, wyglądało to tak:
Beztroskie, sobotnie poranki…
Wstałam w sobotę rano. Po ostatnich tygodniach w pracy nieco wykończona, bo jak już wspomniałam przyszło mi się zmierzyć w tym magicznym okresie z niemagicznymi nadgodzinami. Stwierdziłam, że odpuścimy sobie te poranne roraty. Jeden leniwy poranek od 3 tygodni to chyba nie zbyt wygórowane wymagania.
Po śniadaniu próbowałam (próbowałam to naprawdę dobre słowo) z leksza – z grubsza z 2-letnim dzieckiem to niemożliwe – ogarnąć chatę. Niestety grudzień nie sprzyja naszej 2-letniej energicznej panience, która swoim płaczem rzewnie daje do zrozumienia o swoim wiecznym sprzeciwie i niezadowoleniu. Tak między nami – kształtuje się osobowość, która doprowadza mnie czasami na skraj rozpaczy.
Ale człowiek do wszystkiego przywyknie.
Cóż począć? W takiej sytuacji jedną ręką próbujesz nastawić pranie, drugą głaszczesz rozczochraną łepetynkę niezadowolonej 2-latki domykając nogą drzwiczki pralki. Ale to byłoby zbyt mało dla matki polki. Bowiem w tym momencie do łazienki wpada mój mąż, który próbując coś zreperować nożem, dosyć konkretnie się nim przyciął w palucha, na tyle konkretnie, że krew tryskała… em ekhem – oszczędzę Wam tej historii, resztę scenariusza zapewne doskonale możecie sobie wyobrazić!
Mało tego?!
W sytuacji gdy próbując pomóc mojemu mężowi w opatrunku i jednocześnie niańcząc 2-letnią łepetynkę, do łazienki zawitał nasz 8-latek, który oznajmił, że “miał mały wypadek i niechcący wylał mu się sok”. Jaki sok? – pytam z irytacją w głosie (myślę sobie, “ja pie…”). Jak się okazało, moje drogie dziecko chciało się tylko upewnić, czy matka spakowała wszystko do torebki urodzinowej dla jego kolegi, ale – PECH CHCIAŁ – torebka wypadła mu z rąk. Nie byłoby to krytyczne, gdyby nie fakt, że wraz ze spadkiem torebki rozbiło się denko Kubusia, który był zawartością prezentu i tym sposobem gęsty, marchewkowy soczek zalał wszystkie pozostałe przedmioty będące zawartością urodzinowej torebki.
I tak mniej więcej wygląda większość moich dni i weekendów w grudniu.
Dlatego m.in. w ostatnim tygodniu nie pojawił się żaden nowy wpis na blogu. Okoliczności były wszystko inne, TYLKO NIE SPRZYJAJĄCE. Mam wrażenie, że cały grudzień mi nie sprzyja i wiatr wieje mi prosto w oczy. Wam też?
Także moje Drogie Czytelniczki i Czytelnicy, jakby to ująć! Nieumyte okna, brudna podłoga i brak domowej roboty ciasteczek to w tym roku najmniejszy problem.
Doszłam do wniosku, że grudzień to czas odpuszczania. Odpuszczania samej sobie.
Wesołych Świąt!
Dziękuję bardzo i wzajemnie 🙂