Ten weekend był wyjątkowy. Wyjątkowo hardcorowy. A mimo wszystko mam wrażenie, że choć fizycznie jestem mega zmęczona, psychicznie odpoczęłam. Jest niedziela godz. 16:30 i rzadko kiedy zaczynam o tak późnej godzinie robić wpis, bo zwyczajnie jest to za krótki czas na napisanie czegoś sensownego. Ale siadam, bo lubię pisać. Lubię tu zbierać moje przemyślenia i dzielić się nimi z Wami. No i jest jeszcze jeden ważny aspekt, który pozwala mi teraz na pisanie – dzieci walnęły porządnego komara. Jakie zatem wnioski po tym weekendzie?
Może zacznę od początku i opowiem Wam, dlaczego jestem zmęczona fizycznie, dlaczego przy jakimkolwiek ruchu czuję dziś każdy mięsień moich nóg, a stopy mam nadal obolałe i wyglądam trochę jak szczęśliwa kupa nieszczęścia.
Jak to w życiu często bywa?
Że albo nie dzieje się nic, albo dzieje się wszystko naraz. I tak właśnie było w ten weekend, na który przypadł wyjazd integracyjny mojej firmy, a także wielkie przyjęcie z okazji okrągłych urodzin mojej cioci, która jest także moją matką chrzestną. Postanowiłam pogodzić obie imprezy. Czy było warto? Tak. Ale wiadomo, że jakimś kosztem.
Zaczęłam w piątek.
Wyruszyłam o godz. 9 rano i zaliczyłam jazdę autobusem rodem ze szkolnych czasów – był pisk dziewczyn, głośna muzyka, rozmowy, chichoty i mnóstwo dobrej zabawy. Wciąż się zastanawiam, jak kierowca autobusu potrafił się przy tych decybelach skupić na drodze. Było SPA, Paintball, dobre jedzenie i zabawa do białego rana. Z niektórymi osobami z głównej siedziby nie widzieliśmy się ponad 3 lata i fajnie było ich znów spotkać. Innych w ogóle nie znałam i fajnie było ich poznać. Liznęłam trochę hazardu grając w Black Jacka i Ruletkę przy stołach z profesjonalną obsługą kasyna i pierwszy wniosek jest taki, że hazard nie jest moją mocną stroną. Nauczyłam się też tańca Belgijki, który jest mega skoczny i żwawy i po 3 rundach złapała mnie kolka i tak pojawił się drugi wniosek – nie mam kondycji, a bynajmniej mogłaby być lepsza. Ale wytańczyłam się i wygadałam tego wieczoru jak nigdy. Do łóżka położyłam się o godz. 3 w nocy.
Zawsze mam problemy z wstawaniem na czas.
A mimo tego , iż położyłam się do łóżka o 3 w nocy, to w sobotę obudziłam się jeszcze przed budzikiem, który nastawiony był na godz. 7:00. Dlaczego tak wcześnie? Bo postanowiłam, że skoro mam okazję i nie ma ze mną moich dzieci, to jak najbardziej idę z resztą ekipy w góry. Jak postanowiłam tak zrobiłam, a musicie wiedzieć, że miałam jeszcze opcję SPA. Niestety jak się okazało pierwsze podejście było na tyle strome, że zaczęłam się zastanawiać, dlaczego ja głupia nie poszłam na to SPA! Tu po raz kolejny stwierdziłam, że kondycja średnia. Ale wracać nie było warto, a reszta ekipy twierdziła, że później będzie mniej stromo. I rzeczywiście później było już tylko lepiej, a do tego wyszło słońce i mieliśmy wyżej przepiękne widoki.
Idealne miejsce na postój
Jako, że mieliśmy dobry czas, mając na uwadze, że do 12 musimy wrócić by wymeldować się z hotelu, zrobiliśmy przerwę w przydrożnym domku. Pani, która zebrała od nas zamówienie zaprosiła nas na spoczynek do naprawdę starej chaty pochodzącej z XVIII wieku i zechciała nam opowiedzieć historię tego domku i ludzi tam niegdyś mieszkających, którzy zmarli kilka lat temu. Starsze małżeństwo żyjące tam w górach w małym domku, bez kanalizacji, długi czas bez prądu, bez możliwości wyjścia na zakupy do sklepu, bez półki uginającej się od stosu tabletek. Ludzie zahartowani życiem, ale i życzliwi. Doceniali każdą sucha kromkę chleba. Mimo biedy lubili, kiedy ktoś ich odwiedzał i wszystkich przyjmowali serdecznie. Dlatego nowi właściciele postanowili nic w tej skromnej chacie z dawnym wyposażeniem nie zmieniać, ale częstują w niej przybyłych wędrowców ciepłą herbatą i rozgrzewającymi zupami. Na ścianach chaty nadal wiszą zdjęcia Eugenii i Edwarda i w pewien sposób oni nadal tam są, bo ich historia bardzo prawdziwa, a dom dzięki niej wciąż żywy. Nie mieli łatwej starości tam w górach, żyli w biedzie i byli zdani na siebie, ale – jak pięknie ujęła to właścicielka – w życiu nie liczy się całe dobro, którym się otaczamy, ale zawsze ten drugi człowiek, który na starość poda nam rękę, pomoże wstać z łóżka i zaprowadzi do toalety. Prawdziwa i piękna sentencja na 3 wniosek.
Jednak warto było nie iść na SPA!
W trakcie wędrówki nasunął mi się czwarty wniosek – chciałabym moim dzieciom pokazywać nieco więcej świata z tej innej perspektywy, bo życie to nie tylko szkoła i obowiązki, ale także oderwanie się od tego co trzeba, by cieszyć się życiem. To także rodzinne wędrówki, po których zdajemy sobie sprawę, że było ciężko, ale daliśmy radę. To wspólne doświadczenia i pokonywanie swoich barier. Zmiana otoczenia chociażby na 1 dzień ma naprawdę pozytywny wpływ, a my jako rodzina zdecydowanie za rzadko to robimy.
I co dalej?
Potem był powrót do hotelu, prysznic i pakowanie w expresowym tempie, powrót do domu i… czas na …. kolejną imprezę. Wróciłam o godz. 16, natomiast do kolejnej imprezy miałam aż GODZINĘ CZASU! Więc chyba nie muszę Wam mówić, że wyszykowanie się całą rodziną zajmuje właśnie tyle! Oczywiście, że mieliśmy mały poślizg, ale i tak jestem pełna podziwu, że w miarę nam się udało! Na szczęście zakwasy w nogach jeszcze nie dały o sobie znać i choć stopy były obolałe, to na parkiecie nie mogło mnie zabraknąć. Oczywiście, że brak snu dawał mi się we znaki i od czasu do czasu łapało mnie ziewanie, ale miałam dwa wyjścia! Marudzić i narzekać, że jestem zmęczona i zmyć się wcześnie do domu albo cieszyć się z tego, że jestem tu i teraz w danym miejscu i bawić się na całego! Wybrałam to drugie. Wniosek piąty – można marudzić, albo docenić. Życie daje Ci chwile i mimo, że jesteś zmęczona albo to doceniasz, albo nie – ja bynajmniej miałam okazję zatańczyć na parkiecie nie tylko z moim mężem, ale także z bardzo ambitnym tancerzem i z moim tatą i kto wie, kiedy kolejny raz będziemy mieli taką okazję tak dobrze się bawić. Imprezę zakończyliśmy o godz. 00:30.
A najważniejszy wiosek?
Trochę oderwałam się od codzienności i mam wrażenie, że znów patrzę inaczej na moją rzeczywistość. Dziś jest niedziela, mam mega zakwasy i obolałe stopy i trochę boli mnie głowa, ale mam co wspominać i to jest piękne.
I tego właśnie Wam życzę, byście umieli tworzyć piękne wspomnienia, a one nie zrodzą się, jeżeli będziecie na wszystko narzekać i nie docenicie tego, co daje Wam życie w danym momencie.