Jesteśmy pierwszym pokoleniem, które każdego dnia bombardowane jest ogromną ilością bodźców płynących z telefonu. Żyjemy w szumie – często nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Praca, sprzątanie, gotowanie, dzieci, zakupy, hobby… a do tego dziesiątki powiadomień z mediów społecznościowych, komunikatorów, aplikacji i e-dziennika. Wszystko miesza się ze sobą, wszystko wydaje się pilne.
I w pewnym sensie takie właśnie jest nasze życie – chaotyczne, poszarpane, nieustannie przerywane. Coraz rzadziej jest wyważone i świadome. Codzienność przestała być spokojnym rytmem. Stała się tłem pełnym bodźców, które wprowadzają chaos i oddalają nas od planów, celów i marzeń. Od tego, co naprawdę istotne.
Żyjemy w erze smartfonów – czy tego chcemy, czy nie.
Telefon jest naszym najlepszym przyjacielem, a jednocześnie jednym z największych pochłaniaczy jakże drogocennego czasu. Często napominamy, że dzieci spędzają za dużo czasu w telefonach, ale jako dorośli też nie jesteśmy lepsi. Myślę, że wpadasz w tę samą pułapkę, co i ja… – sięgasz po telefon z konkretnym zamiarem – chcesz coś sprawdzić, komuś odpisać, coś załatwić, mija 5 minut, odkładasz telefon i orientujesz się, że… nie zrobiłaś tego, co planowałaś. Znasz to?
Za to zdążyłaś kliknąć kilka powiadomień, przeczytać wiadomości, obejrzeć fragment rolki i odpowiedzieć na komentarz. Twoje myśli zostały przekierowane w zupełnie inny, często nic nieznaczący kontekst.
I tak mija dzień za dniem. W szumie.
Nie chcę mówić, że telefon jest zły. Sama korzystam z jego udogodnień i trudno byłoby mi dziś wyobrazić sobie funkcjonowanie bez niego. Problem nie tkwi w urządzeniu, ale w tym, jak bardzo pozwalamy mu zarządzać naszą uwagą.
Bardzo często miewałam wrażenie, że wieczorem padam ze zmęczenia, a jednocześnie wciąż kręcę się w błędnym kole – ciągle z czymś się nie wyrabiam, ciągle brakuje mi czasu i wiem, że nie jestem w tym sama. Bo to jest syndrom naszych czasów.
Wiecie, co robię ostatnio?
Odkładam telefon tak, jakby był telefonem stacjonarnym. Ma swoje jedno miejsce. Leży tam. Nie noszę go ze sobą po domu. Nie zaglądam co chwilę. I wtedy naprawdę widzę, ile czasu pochłania. Ile razy automatycznie chcę po niego sięgnąć i ile energii zabierają te krótkie, pozornie niewinne przerwy i zerkanie w niego. My nie potrzebujemy jeszcze więcej bodźców, my potrzebujemy dwóch rzeczy. Po pierwsze ciszy.
Cisza bywa bardzo poruszająca.
Rzadko jednak pozwalamy sobie, by naprawdę wokół nas było cicho. Bo cisza konfrontuje. W ciszy słyszysz siebie. A to bywa trudniejsze niż kolejne powiadomienie. Coraz częściej jesteśmy oderwani od kontaktu z własnym ciałem. Nie zauważamy napięcia w ramionach, płytkiego oddechu, zmęczenia odkładanego na „później”. Za to doskonale widzimy w sieci, jak żyją inni. Porównujemy ich sukcesy do naszych początków. Ich wycinek rzeczywistości do naszej codzienności. I dokładamy do życia kolejną warstwę szumu.
A przecież czasem wystarczy wyjść na chwilę z sieci.
Odłożyć telefon. Być tu i teraz. Naprawdę. Usiąść z kimś przy stole. Pójść na spacer. Popatrzeć komuś w oczy. Porozmawiać. Nie w komentarzach, nie w wiadomościach prywatnych, ale twarzą w twarz. Czasami najlepszą terapią jest zwykła rozmowa – przegadanie problemu, wypowiedzenie go na głos, usłyszenie własnych emocji. To jest ta druga rzecz, której potrzebujemy – potrzebujemy kontaktu z ludźmi. Człowiek nie został stworzony do życia w izolacji, a telefony bardzo nas od siebie oddaliły, bo choć technologicznie jesteśmy połączeni bardziej niż kiedykolwiek, to czujemy się bardziej samotni niż kiedykolwiek.
Jesteśmy nieustannie bombardowani powiadomieniami, dźwiękami i wibracjami, które domagają się naszej uwagi. Każde z nich na chwilę odrywa nas od tego, co naprawdę ważne – od życia.
Może więc zamiast próbować wyciszyć cały świat,
warto po prostu wyciszyć swój telefon?
_________________________
Źródło zdjęcia: https://unsplash.com – Realmac Software