Kiedy dzieci są małe, nasza kontrola jest czymś zupełnie naturalnym. Musimy pilnować wszystkiego – ich bezpieczeństwa, jedzenia, snu, każdego kroku, bo od nas zależy ich życie. Ale dzieci rosną, z czasem coraz bardziej chcą decydować same, próbować, popełniać błędy, mieć wpływ na swoje życie. I przecież właśnie do tego je przygotowujemy – do samodzielności, odwagi i własnych wyborów. Tylko że my, jako rodzice, nie zawsze za tą zmianą nadążamy.
U wielu rodziców (u mnie do niedawna jeszcze też 🙄) schemat postępowania wyglądał dokładnie tak (mogłabym się założyć o złote majtasy, że u większości z Was wygląda to dokładnie tak samo i… chyba nawet bym nie przegrała 😅):
Przypomnienie → efekt: opór
Zaczyna się niewinnie: prosimy, przypominamy, tłumaczymy. Raz, drugi, dziesiąty. Z każdą kolejną próbą rośnie w nas frustracja, a w dziecku… opór. Bo dla niego to już nie jest zwykła prośba, tylko ciągłe „wiercenie dziury w brzuchu”. Efekt? Zamiast działania – odwlekanie, ignorowanie albo robienie na przekór. Znam ten stan aż za dobrze 😤😲
Kontrola → efekt: kłótnia
Kiedy przypominanie nie działa, wchodzimy poziom wyżej – zaczynamy kontrolować: sprawdzać, nadzorować, wydawać polecenia. I tu pojawia się napięcie. Bo dokładnie tak jak my nie lubimy, gdy ktoś nami steruje, tak samo dzieci reagują sprzeciwem. Kontrola odbiera im poczucie wpływu, więc naturalną reakcją jest bunt i konflikt.
Nacisk → efekt: jeszcze większe wycofanie
Skoro kontrola nie działa, dokładamy presję: podnosimy głos, straszymy konsekwencjami, próbujemy „przepchnąć” swoje. I wtedy dziecko często robi krok w tył – zamyka się, wycofuje albo jeszcze mocniej stawia opór. Bo im większy nacisk z naszej strony, tym silniejsza potrzeba obrony po jego stronie.
Nasze dotychczasowe działania i próba kontroli zawodzą.
Widzę to nie tylko u mojego nastolatka, ale także u mojej 8-latki. Jako mamy chcemy wszystko kontrolować – emocje, strach, lęk, sytuacje… a to nie jest możliwe, bo przez to będziemy ponosić porażki. Świat nigdy nie będzie funkcjonował tak idealnie, jak idealny jest plan działania w naszej głowie. Dla wielu z nas codzienność to ciągłe nerwy, żeby zdążyć do szkoły, żeby zdążyć na zajęcia, żeby dzieci zjadły obiad, do tego sprzątanie, gotowanie i dzieci, które nie słuchają. Ale problem nie leży w tym, że one nie słuchają, tylko w tym, że próba kontroli wszystkiego sprawia, że z szczęśliwych dziewczyn zmieniłyśmy się w nerwowe, wkurzone i nieustannie zmęczone mamy.
Wiecie, co ostatnio zrozumiałam?
Że muszę przestać traktować moje dzieci jak małe dzieci, bo one naprawdę potrafią świetnie radzić sobie same. I jak zwykle to nie dzieci są problemem, tylko ja. Żeby samą siebie nauczyć odpuszczania kontroli, zmieniłam jedną istotną rzecz w naszym domu… i serio – nie spodziewałam się takich efektów🤩
Nie muszę już kontrolować moich dzieci.
Nie muszę im przypominać.
Jak mi się to udało?
Opowiem Wam o tym w kolejnym wpisie… bo sama jestem w szoku! 😅
A na koniec zostawię Wam to piękne zdanie:
Jedyne, czego potrzebują nasze dzieci, to byśmy jako rodzice spojrzeli na nie jak na dzieci pełne ciekawości i marzeń, a nie jak na kolejny problem do ogarnięcia.